Subscribe:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłosierdzie Boże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłosierdzie Boże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 sierpnia 2014

Boża sprawiedliwość i miłosierdzie




Jak pogodzić Bożą sprawiedliwość z miłosierdziem?

Autorzy ksiąg natchnionych Starego Testamentu przeciwstawiają miłosierdzie Boga Jego sprawiedliwości, wskazując na nieposłuszeństwo pierwszego człowieka w raju. Księga Rodzaju podkreśla, że Bóg jako pierwszy przemawia do grzesznego Adama (por. Rdz 3, 6- 24). Zwraca w ten sposób uwagę, że Bóg nie zatrzymuje się tylko na sprawiedliwości, ale łączy ją z miłosierdziem. Bóg karząc węża, mężczyznę i niewiastę, czyni zadość sprawiedliwości. Zaś fakt, że jako pierwszy zostaje ukarany kusiciel, świadczy o miłosierdziu Boga wobec pierwszych ludzi, Adama i Ewy. Czyniąc zadość sprawiedliwości jako Sędzia, a zarazem i Oskarżyciel w jednej osobie, Bóg przychodzi z pomocą upadłemu człowiekowi. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie, a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje, a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę (Rdz 3, 15). W tych słowach Stwórcy bardzo wyraźnie ukazuje się Jego miłosierdzie wobec upadłego człowieka. Jawi się ono jakby wbrew Jego sprawiedliwości.


Opis upadku Adama i Ewy oraz wyrok Boga zawiera też w sobie inny element, wskazujący na Miłosierdzie Boże. Słowa: Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło, niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki (Rdz 3, 22) w kontekście mesjańskiej obietnicy można rozumieć w ten sposób, że sprawiedliwy i miłosierny Bóg z uwagi na skłonność człowieka do grzechu postanawia nie dawać mu możliwości wolnego wyboru. Zatem zakaz spożywania owocu z drzewa życia i uniemożliwienie dostępu do niego (przez wygnanie z raju) były raczej wyrazem miłosiernej dobroci i miłości Boga ku człowiekowi, a nie znakiem surowej i wyrachowanej sprawiedliwości.


Prymat miłosierdzia Boga nad Jego sprawiedliwością najlepiej ukazują Księgi: Wyjścia i Liczb. Podczas czterdziestoletniej wędrówki przez pustynię Izraelici niejednokrotnie powinni byli być srodze ukarani z powodu buntowania się przeciwko Bogu. Mojżesz, sługa Jahwe, prosił wtedy Boga o miłosierdzie (Lb 14, 7-9.13-19) i zawsze zostawał wysłuchany (Lb 14, 20-35; 21, 4-9).


Objawienie (2 Sm 24, 1-25) ukazuje jednak, że miłosierdzie Boga nie jest pobłażliwą dobrocią. Bóg patrzy na grzesznego człowieka obiektywnie, a zarazem z łagodnością, gdy ten przyznaje się do winy i prosi o miłosierdzie. Wtedy miłosierdzie przeciwstawia się sprawiedliwości, która domaga się kary. Jest ono wyrazem miłości Boga ku stworzeniu. Bóg zawsze przychodzi z pomocą człowiekowi, jeżeli ten Go o to prosi. On wie, że człowiek sam o własnych siłach nie jest w stanie podnieść się z grzechu, dlatego okazuje mu pomoc. Wspomniano już wielokrotnie, że miłosierdzie Boga wypływa z Jego miłości. Jako Stwórca, Bóg wiąże się miłością ze stworzeniem, kierując do wszystkich ludzi zapewnienie: Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość (Jr 31, 3). Fakt przyjścia Jezusa Chrystusa na świat jest świadectwem miłosierdzia Boga, a zarazem Jego wierności przymierzu. To, co Jezus czyni dla człowieka, jest z jednej strony wypełnieniem wymogów Bożej sprawiedliwości, z drugiej zaś Bożym Miłosierdziem. Krzyż Chrystusa, przez który Syn, współistotny Ojcu, oddaje pełną sprawiedliwość samemu Bogu, jest równocześnie radykalnym objawieniem Miłosierdzia.


Miłosierdzia Bożego nie można rozumieć tylko jako wyzwalania człowieka od grzechów. Pismo Święte ukazuje miłosierdzie Boga jako proces wielostronny, skierowany ku człowiekowi. Niektórzy teologowie uważają, że gdyby nie było grzechu Adama, Miłosierdzie Boże byłoby człowiekowi niepotrzebne. Sam zaś Bóg nie byłby Bogiem miłosierdzia. Przy takim rozumieniu miłosierdzia trudno jest uchwycić jego związek ze sprawiedliwością. Tymczasem Objawienie Boże wskazuje, że istotą miłosierdzia jest troska o człowieka, o jego godność. Stanowi ono wyraz pełnej sprawiedliwości, która polega na dawaniu drugiemu tego, co mu się prawnie należy. Stąd sprawiedliwość przepełniona miłosierdziem spełnia istotną funkcję we współżyciu międzyludzkim.


Bóg stwarzając człowieka na swój obraz, domaga się od niego sprawiedliwości przenikniętej miłosierdziem. Człowiek, świadomy Bożego sądu oraz planu zbawienia, powinien postępować według Jego woli. Wolą zaś Bożą jest, aby ludzie przestrzegali prawa naturalnego, wzywającego do poszanowania dobra wspólnego i godności drugiego człowieka. Tu naczelne miejsce zajmuje miłosierdzie.


W Piśmie Świętym sprawiedliwość polega na dostrzeganiu niezbędnych potrzeb drugiego oraz pomocy, jaką trzeba mu nieść, aby był sobą. Dlatego nazywa ono sprawiedliwym tego, kto udziela pomocy biednym i pomaga słabym. W ten sposób bowiem człowiek naśladuje sprawiedliwość Boga.


Autentyczne miłosierdzie jest doskonalszym wcieleniem sprawiedliwości. Stanowi ono istotny element w stosunkach międzyludzkich. Prowadzi do poszanowania dobra wspólnego oraz wzajemnego braterstwa. Nie sposób byłoby tego osiągnąć, gdyby wzajemne relacje pomiędzy ludźmi były oparte na samej sprawiedliwości.


Sprawiedliwość Boga związana jest z poszanowaniem ludzkiej wolności. On tak nas umiłował, że dając nam wolną wolę, do niczego nas nie zmusza, nie narzuca nam swego zamysłu. Człowiek w imię wolności może odrzucić Boga, wybierając drogę grzechu i szatana. Jeśli wybór ten zostanie utrwalony na wieki, wtedy Bóg w swej sprawiedliwości zaakceptuje w imię wolności człowieka jego wolny wybór, dotyczący wówczas rzeczywistości piekła. Nieprawdą jest więc stwierdzenie, że Bóg w swoim miłosierdziu nie może dopuścić, by piekło istniało, skoro Jego miłosierdzie jest większe niż ludzka słabość.


Rzeczywiście, Miłosierdzie Boże jest nieograniczone. Prawdą jest też, że Bóg w swoim miłosierdziu gotów jest wybaczyć wszystkie grzechy, nawet największym grzesznikom. Dokonuje się to jednak wtedy i tylko wtedy, gdy grzesznik zwraca się do Boga z ufnością, pokorą i skruchą, błagając o miłosierdzie. Wówczas, choćby był największym zbrodniarzem, nie zostanie odrzucony i będzie mógł czerpać ze źródeł miłosierdzia.


Widzimy więc, że sprawiedliwość Boga w niczym nie kłóci się z Jego miłosierdziem. Spotkanie z Bogiem w Jego sprawiedliwości czy miłosierdziu dokonuje się w kontekście wolnego wyboru człowieka. Mimo tego więc, że ciągle upadamy, zawsze możemy wrócić do kochającego nas Ojca, który w swoim miłosierdziu przygarnia każdego grzesznika. Miłosierdzie ostatecznie jawi się jako najlepszy sposób spełnienia wymogów sprawiedliwości. Nie tylko nie przekreśla obiektywnych wymagań sprawiedliwości, ale wręcz umożliwia zadośćuczynienie im w pełni. W tym sensie stanowi ono nie tylko samą treść adekwatnie rozumianej sprawiedliwości, ale także sam warunek jej pełnego urzeczywistnienia się. Sprawiedliwość realizowana poza miłosierdziem pozbawiona jest właściwego celu i jako taka przestaje być aktem ludzkim, gdyż realizuje się jakby obok człowieka, nie uwzględniając przy tym najwyższego dobra. Również nasza sprawiedliwość wobec Boga jest niemożliwa do zrealizowania bez praktyki miłosierdzia. Miłosierdzie stanowi wyraźny nakaz Bożej sprawiedliwości.



z książki: 101 pytań o Boże Miłosierdzie 

autorzy: Piotr Szweda MS i ks. Andrzej Witko

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Grzegorz Polakiewicz - Szczęśliwi miłosierni...




Jeśli Twoje serce otwiera się na wszelkie ubóstwo - to jesteś szczęśliwy. Serce Boże w Tobie sie otworzy!
Żyjemy w świecie anonimowości, gdzie tylu narażonych jest na osamotnienie, gdzie każdy chłodno zamyka się w sobie samym. Bog wzywa Nas do do stwarzania ognisk, do których zaproszony czuje się oczekiwanym i upragnionym, przyjętym i objetym: kochanym! Zawsze kochanym! Kochanym każdego dnia! Kochanym, by nie czuł się już samotnym, wykluczonym, opuszczonym, ale u siebie ponieważ u Boga.
Jesteśmy powolani Kochani do tego, by ofiarować każdemu obecność, by dla każdego byc obecnością - mocną, usilną i prawdziwą.
Dla tych mlodych, pogubionych, poranionych życiem, poszukujących akceptacji i zrozumienia - poszukujących miłości, musimy stworzyc ogniska miłości w atmosferze zwyczajnej, pelnej ciepla rodziny, gdzie będą mogli zdążać ku uzdrowieniu całej swej istoty. Miejsca w którym będą mogli po prostu stawać się sobą mocą Bożego Miłosierdzia.
Czy jest cos niemożliwego dla Boga? Czyż miłosierdzie nie jest czynione dla Nas aby oderwać nas od niemiłości, od znieczulicy? Czyż Miłość nie posunęła sie do samego końca? Czyż nie Wyciągnęła Swych rąk na drzewie Krzyża, byśmy mogli stać się szczęśliwymi, pełnymi miłości ludźmi? Mocą tego Miłosierdzia będziemy żyć ku radości Ojca, przez Serce Syna w światlości Ducha.
W świecie egoistycznym, zimnym, niewzruszonym, gdzie gaśnie ogień miłości, gdzie wyczerpują się żywe źródla serca...Musimy kochani tworzyć z naszych rodzin, naszych wspólnot swoiste pracownie, gdzie wykuwa się narzędzia miłości, gdzie się na co dzień weryfikuje prawdziwość intencji i pragnień. Musimy co dzień, na nowo stawać się świadkami Miłości samego Boga. Nauczyć się dawać, aż do oddania siebie samego. Bez liczenia, bez skąpstwa, bez kalkulowania.
W świecie zarażonym resentymentem i urazami, nienawiścia, zazdrością i zemstą winniśmy żyć mocą wyzwalającej rzeczywistości i wzajemnego przebaczenia sobie.
Pozwólmy Panu by Nas na nowo stworzył w jasności, by nas odnowił w swoim miłosierdziu, by nas odmłodzil swą wieczną młodością.
Pragnę się z Wami podzielić jeszcze świadectwem z ostatniego czasu:
Kiedy przebywałem pierwszy dzień w szpitalu moje łóżko znajdowało sie na korytarzu z braku miejsc. Poczułem się bardzo samotny i opuszczony. I przychodziły chwilę kiedy pytalem sam siebie - "mam setki wpisow w książce tel., ale po co". Był to poniedziałek po niedzieli miłosierdzia. Powiedziałem "Panie Jezu, nie opuszczaj mnie..." Po kilku godzinach przyjechał mój przyjaciel - ksiądz, po Nim przyszła moja przyjaciółka...zaskakujące. Nie pozwolił bym był sam. Sam nie mógł usiąść obok na łóżku więc przysłal Ich. W tych najtrudniejszych momentach Był ze mną w drugim człowieku.
Był wtorek, po obiedzie. Spalem dla zabicia czasu, ale z oczu same płynęły łzy. Z samotności, ale przede wszystkim ze strachu przed zabiegiem...Nagle słyszę że ktoś wchodzi do pokoju do ktorego mnie przeniesiono tuż po pierwszej nocy. Otwieram oczy i dwóch młodych ludzi... Mój kolega, którego de facto poznalem dopiero w marcu przyszedł do mnie ze swoim przyjacielem. Bezinteresownie...Zjawili się jak Aniołowie - choć wydaję mi się, że to właśnie my sami jesteśmy dla siebie takimi Aniolami Stróżmi, którzy nie pozwalają być samemu, plakać z braku obecności kogokolwiek czy odczuwać bezsens życia.
W ciągu niespełna dwóch tygodni w szpitalu przyszło dwanaście osób. Dwanaście jakże różnych osób. Moi Aniolowie, dzieki którym poczulem, że to wszystko ma sens...Dziekuję Kochani za wszystko.

Pan Bog zaskakuje Nas każdego dnia. Warto być człowiekiem miłosierdzia - dobro zawsze wraca - zawsze.
Niech ta Wielka Miłość umacnia Was kochani na drodze Bycia Miłosiernym. Niech Serce Boże otwiera sie w Was każdego dnia na nowo.
+Pax Christi


Grzegorz Polakiewicz
www.radiownet.pl


Miłość miłosierna jest powinnością każdego





Czyją powinnością jest miłość miłosierna?

Podmiotem miłości miłosiernej jest każda osoba jako istota wolna, zdolna do poznania i
podejmowania odpowiedzialności. Chodzi tu zarówno o osoby ludzkie, jak i o Osoby Boże.
Problem pojawia się wówczas, gdy uświadomimy sobie, iż podmiot może działać sam lub też
wspólnie z innymi. Bywają sytuacje, w których jedynie słuszne i skuteczne jest działanie
jednostkowe, np. czynne zainteresowanie czyimś problemem, wysłuchanie, obdarzenie
dobrym słowem.

Natomiast wobec niektórych problemów społecznych niezbędnym podmiotem miłości
miłosiernej jest ten, kto działa wspólnie z innymi. Indywidualne czynienie miłosierdzia nie
pozostaje w żadnej opozycji do działania instytucjonalnego. Jedno i drugie ma swoją
szczególną rolę do spełnienia. To, że istnieją wielkie organizacje charytatywne czy
dobroczynne, nie zwalnia nikogo z obowiązku świadczenia miłosierdzia.

Pojedynczy człowiek może włączyć się w pomoc niesioną przez instytucje w taki sposób, aby
zbliżyć się do nich już nie w znaczeniu oni i ja, ale my. Poza tym, te niekiedy spektakularne i
skuteczne działania instytucjonalne, ale bezosobowe i dalekie, zawsze będą potrzebować
uzupełnienia indywidualnymi czynami miłosierdzia.

Obowiązek czynienia miłości miłosiernej tu i teraz wymaga od człowieka wytrwałego
podejmowania prób budowania więzi społecznych, nieustannego ponawiania wysiłków
tworzenia wokół siebie relacji my. Skoro miłosierdzie należy do istoty miłości, będącej
powszechną powinnością moralną, nie można zatem wyłączyć nikogo z pełnienia roli
podmiotu miłosierdzia.

Miłość objawia się na zewnątrz jako miłość miłosierna zwłaszcza wtedy, kiedy spotyka na
swojej drodze nieszczęście, cierpienie, zło fizyczne i moralne, w jakie uwikłany jest drugi
człowiek. Skupia się ona szczególnie na podstawowej wartości człowieka, jaką stanowi jego
godność. Pragnie ją ocalić oraz wydobyć spod nawarstwień zła.




z książki: 101 pytań o Boże Miłosierdzie
autorzy: Piotr Szweda MS i ks. Andrzej Witko





niedziela, 26 stycznia 2014

O miłości miłosiernej




Co to jest miłość miłosierna?

Chrystus, będąc obrazem Boga niewidzialnego (por. Kol 1, 15), odsłania tajemnicę
Trójjedynego i Jego miłosierdzia. Bóg, którego objawia, jest Bogiem osobowym - Wspólnotą
Osób Ojca, Syna i Ducha Świętego, które wzajemnie się sobie udzielają. Ich odniesienie do
siebie jest oparte na miłości. Uczestnikami tego cudownego procesu stały się stworzenia, z
istotą ludzką na czele, które Bóg powołał do istnienia. Oczywiście ta skłonność Boga do
udzielania się, wyrażona w akcie stwórczym nie jest wynikiem żadnego braku w Bogu, ani
też jakiejkolwiek potrzeby, lecz jest przejawem Jego natury.

Głębię wewnątrztrynitarnych relacji Osób Boskich św. Augustyn określał mówiąc, iż w
Trójcy Świętej są Trzy Osoby: Kochający, Ukochany i sama Miłość. Kochającym jest Ojciec,
który cały oddaje się Synowi, Ukochanym zaś Syn, który doskonale odpowiada na propozycję
Ojca, a więzią ich miłości jest Duch Święty. W Trójcy Świętej istnieje więc odwieczna
komunia Osób, której jedynym prawem jest miłość. Dlatego św. Jan Apostoł mógł
jednoznacznie stwierdzić, iż Bóg jest Miłością (por. 1 J4, 8. 16).

Prawdę o miłości miłosiernej, dzięki genialnej intuicji, odkryła w swoim życiu francuska
zakonnica, doktor Kościoła, św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Urodziła się dnia 2 stycznia 1873
roku w Alencon, jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zelii Martin. W wieku piętnastu lat
wstąpiła do klauzurowego zakonu w Lisieux. Od początku pobytu w zakonie zaczęła rozwijać
idee małej drogi do świętości oraz dziecięctwa duchowego. Zmarła na gruźlicę po długich
cierpieniach, dnia 30 września 1897 roku, w wieku dwudziestu czterech lat. Dnia 29 kwietnia
1923 roku papież Pius XI ogłosił ją błogosławioną, a dnia 17 maja 1925 roku - świętą.
Natomiast dnia 19 października 1997 roku papież Jan Paweł II nadał jej tytuł doktora
Kościoła.

Teresa uwierzyła w miłość Jezusa i oddała się jej z absolutnym zaufaniem. Ta miłość to
przede wszystkim miłosierdzie, czyli wyraz miłości Ojca wypatrującego syna marnotrawnego
-zranionego, chorego, grzesznego. Dla Teresy z Lisieux miłość Boga jest w pierwszym
rzędzie miłością miłosierną. Ta intuicja stała się podstawą jej małej drogi. Zrozumiała, iż
właściwością miłości jest zniżanie się (Rkps A, 2v). Odkryła drogę, przewyższającą wszystko,
która najpewniej może doprowadzić człowieka do Boga.

Teresa Martin, dzięki lekturze i medytacji Pisma Świętego, nastawiona na słuchanie Jezusa,
który jest pełnią Objawienia, odkryła prawdziwe, miłosierne oblicze Boga, zapraszającego
nas, abyśmy żyli jako dzieci, oddane Jego miłości, w zawierzeniu i zaufaniu: wyczekując
wszystkiego od dobrego Boga, jak małe dziecko wyczekuje wszystkiego od swego ojca.
Uświadomiła sobie, iż być małym przed Bogiem, znaczy nie przypisywać sobie żadnych
zasług czy cnót i nie zniechęcać się swymi błędami, gdyż dzieci upadają często, ale są zbyt
małe, aby sobie zrobić wiele złego (ŻZ 06.08).

Święta z Lisieux w swoich Rękopisach pisała: Zrozumiałam, że Kościół ma Serce i że to Serce
płonie Miłością [...]. Zrozumiałam, że Miłość zawiera wszystkie powołania, że Miłość jest
wszystkim, że ogarnia wszystkie czasy i wszystkie miejsca... Słowem, że jest Wieczna!
Wówczas w porywie szalonej radości zawołałam: Jezu, moja Miłości... znalazłam wreszcie
powołanie, powołanie moje to Miłość (Rkps B, 3r). Była świadoma, że swoim życiem
odpowiada na miłość Jezusa, który dał jej poznać, że powinna Go miłować nie tylko ze
wszystkich swoich sił, ale tak, jak On chce być miłowany. Zrozumiała, jak bardzo Jezus
pragnie być kochany i dlatego dnia 9 czerwca 1895 roku oddała się na ofiarę miłosiernej
Miłości, która pragnie udzielać się wszystkim (por. Rkps A, 84r).

Całkowite oddanie się Miłości wymaga stałej gotowości serca, które pozostaje otwarte i
spragnione pełni Boga udzielającego się człowiekowi. Taka postawa powinna prowadzić w
konsekwencji do stanu absolutnego uzależnienia się od Miłości. Ponieważ Boże Miłosierdzie
jest Miłością w działaniu, to oddanie się Jej jest przekazaniem naszego wewnętrznego
kierownictwa i ustanowieniem Boga zamiast naszego ja na początku każdego działania. W
liście apostolskim Divini amoris ścienna, wydanym z okazji ogłoszenia św. Teresy od
Dzieciątka Jezus doktorem Kościoła powszechnego, papież Jan Paweł II podkreślił, że istotą
orędzia przekazanego światu przez Karmelitankę z Lisieux jest sama tajemnica Boga Miłości,
Boga Trójcy, nieskończenie doskonałego w sobie samym. Autentycznie chrześcijańskie
doświadczenie duchowe powinno być zgodne z objawionymi prawdami, w których Bóg
odsłania samego siebie i tajemnicę swej woli (por. DV 2).

W chwili kontemplacji miłości miłosiernej, pochylającej się nad stworzeniami, Teresa prosiła
w Akcie ofiarowania, by ta miłość została przyjęta i by rozlała się w jej sercu: Pragnę żyć
aktem doskonałej Miłości, oddaję się jako ofiara całopalna Twojej Miłości miłosiernej,
błagając Ciebie o nieustanne spalanie, o przepełnianie mojej duszy potokami bezgranicznej
miłości zawartej w Tobie, tak iżbym się stała męczennicą Twojej Miłości, o Boże mój. Teresa
żyła ufną nadzieją w nieskończone Miłosierdzie Boże. To było jej szaleństwo i najgłębsza
postawa, która trwała nieustannie. Pokładała absolutną ufność w Bożym Miłosierdziu,
rozumiejąc jednocześnie, iż jest ono atrybutem najlepiej określającym Boga, będącego
Miłością miłosierną, który istniejąc, miłuje.

Święta Karmelitanka zrozumiała, że Miłosierdzie Boże potrzebuje naszej niedoskonałości,
aby mogło się objawić. Bóg jest zafascynowany ubóstwem człowieka; ono jest niejako źródłem
Jego miłosiernej miłości. Zdaniem Teresy miłosierdzie objawia się nie tylko w
przebaczeniu, które Bóg mnoży, ale także w ojcowskiej trosce, z jaką wszystko dla nas
przygotowuje. Bóg w swoim odniesieniu do ludzi zawsze jest miłosierny. To naturalna
konsekwencja tego, kim jest i kim my jesteśmy.

Między miłością Boga a Jego miłosierdziem zachodzi więc nierozerwalny związek, którego
istotę wyraziła, za św. Teresą Martin, św. Faustyna Kowalska w obrazie kwiatu: Miłosierdzie
jest kwiatem miłości, Bóg jest miłością, a miłosierdzie jest Jego czynem, w miłości się
poczyna, w miłosierdziu się przejawia (por. Dz. 651). Miłosierdzie zatem rodzi się w miłości, a
miłość wyraża się w miłosierdziu. I w tym sensie miłosierdzie Boga jawi się jako akt Jego
nieskończonej miłości wobec stworzeń.
Nie ma zatem innej drogi do zrozumienia Bożego Miłosierdzia, jak tylko upodobnienie się do
Niego w swoich pragnieniach i sposobie postępowania. Upodabniając się do kogoś, łatwo
można odgadnąć jego myśli i działania. Wiedziała o tym dobrze św. Teresa od Dzieciątka
Jezus, a będąc wrażliwą na Miłosierdzie Boże, pozwoliła całkowicie przeniknąć się
miłosiernej Miłości.




z książki: 101 pytań o Boże Miłosierdzie
autorzy: Piotr Szweda MS i ks. Andrzej Witko


Bóg objawjający swoje miłosierdzie w Chrystusie




W jaki sposób Bóg objawił swoje miłosierdzie w Chrystusie?

Sobór Watykański II naucza, iż żywą Ewangelią jest sam Jezus Chrystus. To w Jego Osobie,
poprzez tajemnicę Wcielenia, Bóg okazał ludzkości swoje miłosierdzie w obfitości. Motywem
Wcielenia Odwiecznego Logosu jest miłosierdzie i miłość: tak Bóg umiłował świat, że
Syna swego Jednorodzonego dal... Chrystus jest więc wcielonym miłosierdziem Bożym. Tylko
w dobroci, miłości i miłosierdziu możemy szukać najgłębszej racji Wcielenia.
Człowiek może więc spotkać się z Bogiem już tu na ziemi, nie dzięki własnemu wysiłkowi,
lecz jedynie dzięki dobrowolnej inicjatywie Boga, któremu spodobało się samoobjawić człowiekowi
(por. DV 2, 6). Doskonały i święty Bóg zechciał zejść na ziemię do grzesznego
stworzenia. Wyjaśnił to św. Paweł, gdy pisał w Liście do Filipian: On, istniejąc w postaci
Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie,
przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany
za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci
krzyżowej (Flp 2, 6n).

Wcielenie Syna Bożego stanowi owoc wielkiej miłości, dzięki której Bóg zechciał dzielić w
pełni naszą ludzką kondycję. Fakt, że Słowo Boże stało się człowiekiem, spowodował
zasadniczą zmianę w samym pojmowaniu czasu. Możemy powiedzieć za Janem Pawłem II, że
od tego momentu ludzki czas napełnił się wiecznością.
W liście apostolskim Tertio millennio adveniente Ojciec Święty Jan Paweł II uczył nas, iż w
Jezusie Chrystusie Bóg nie tylko mówi do człowieka - Bóg szuka człowieka. Wcielenie Syna
Bożego świadczy o tym, że Bóg szuka człowieka. To poszukiwanie Jezus sam wielokrotnie
przyrównywał do poszukiwania zgubionej owcy (por. Łk 15, 1-7). Jest to poszukiwanie, które
rodzi się we wnętrzu Boga i osiąga swój szczyt we Wcieleniu Słowa. Jeśli Bóg wychodzi na
poszukiwanie człowieka stworzonego na swój obraz i podobieństwo, czyni to dlatego, że go
miłuje odwiecznie w Słowie i pragnie go wynieść w Chrystusie do godności przybranego
dziecka. Bóg więc wychodzi na poszukiwanie człowieka, który jest Jego szczególną
własnością w sposób odmienny niż jakiekolwiek inne stworzenie. Jest własnością Boga na
podstawie wyboru miłości: Bóg szuka człowieka z potrzeby swego ojcowskiego serca (TMA
7).

Szczytowym momentem objawienia Miłosierdzia Bożego przez Chrystusa i dziełem
niepojętej, wprost szalonej miłości Boga do ludzi jest niewątpliwie Jego męka i śmierć.
Dzieło Odkupienia człowieka zawiera w sobie całą pełnię objawienia miłosierdzia, które jest
niczym innym, jak miłością wychodzącą na spotkanie tego wszystkiego, co stanowi sam
korzeń zła w dziejach człowieka. Nieskończone Miłosierdzie Boże konkretyzuje się na
Kalwarii - przez krzyż Chrystusa. Krzyż objawia nam sposób umierania, który nie jest
sprzeczny z logiką życia. Co więcej, możemy powiedzieć, że krzyż i zmartwychwstanie to
dwie strony jednej i tej samej Miłości.

Zmartwychwstanie Chrystusa jest zasadą i źródłem naszego przyszłego zmartwychwstania.
To jest nasze ostateczne powołanie. Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co
pomarli (por. 1 Kor 15,20). Teraz, kiedy oczekujemy na spełnienie się nadziei naszego
zmartwychwstania, Chrystus żyje w nas, w sercach swoich wiernych. A my, żyjąc w Nim,
jakby wyprzedzamy radość, pokój i szczęście nieba. W wierze w Chrystusa zmartwychwstałego
jesteśmy powołani do tego, aby żyć już nie dla siebie, lecz dla Tego, który za nas
umarł i zmartwychwstał (por. 2 Kor 5, 15). Powstanie z martwych jest dowodem, że to do
Boga miłosierdzia należy ostatnie słowo, że dobro jest silniejsze od zła.
Zmartwychwstanie jest także znakiem wieńczącym całokształt objawienia miłości miłosiernej
oraz zapowiedzią nowej rzeczywistości o charakterze eschatologicznym, nowej ziemi i
nowego nieba.



z książki: 101 pytań o Boże Miłosierdzie
autorzy: Piotr Szweda MS i ks. Andrzej Witko


Bóg okazujący człowiekowi swoje miłosierdzie




W jaki sposób Bóg okazuje człowiekowi swoje miłosierdzie?

Miłosierdzie wywodzące się w swej istocie od Boga polega przede wszystkim na tym, iż to
On, w nadmiarze swojej miłości i dobroci stworzył człowieka, uczynił go swoim przyjacielem
i otacza nieustanną troską. Po grzechu pierwszych ludzi spieszy On z pomocą zagubionemu i
osamotnionemu człowiekowi, aby dać mu na nowo udział w swoim wiecznym szczęściu. Bóg
często okazuje swe miłosierdzie przez ludzi (np. przez zapobiegliwość Józefa Egipskiego,
który zapewnia przetrwanie Izraela w czasie głodu), a tylko niekiedy bezpośrednio, w
nadzwyczajny sposób wkracza w bieg ludzkich dziejów (np. w czasie wyjścia Izraelitów z
Egiptu, kiedy rozdziela wody Jordanu, dając im możliwość ucieczki przed wrogiem).
Bóg może też okazać człowiekowi dyskretną pomoc wewnętrzną, nawet nieodczuwalną (np.
dar Ducha Świętego), albo też objawić się przez miłosierdzie ludzkie, za którym kryje się On
sam, skłaniając serce człowieka do okazania drugiemu współczucia.

W swoim miłosierdziu Bóg z jednej strony może otoczyć ludzi swoim błogosławieństwem:
duchowym i materialnym (zachowaniem od grzechu, inteligencją, bogactwem), a z drugiej
strony może też odmówić im tych darów. To także jest forma Miłosierdzia Bożego, które w
ten sposób pobudza człowieka do nawrócenia, szukania celu życia, odnalezienia siebie i Boga
samego. Szczególną formą Bożego Miłosierdzia jest cierpienie. Krzyż, śmierć i
zmartwychwstanie Chrystusa nadały cierpieniu nowy sens. Podejmując ten dar, dziękujemy
Bogu za dzieło zbawienia, ale także przyczyniamy się do zbawienia innych (a to największe
miłosierdzie Boga!).

Jako chrześcijanie dostrzegamy Boże Miłosierdzie i doświadczamy go szczególnie w
Kościele. On sam zresztą jest dziełem Bożej dobroci. Tutaj Miłosierdzie Boże staje się nam
szczególnie bliskie w sakramentach, które jednoczą nas z Chrystusem, Źródłem Miłosierdzia.
Przez sakramenty doznajemy przebaczenia grzechów, łaski Ducha Świętego, zostajemy
uzdolnieni do czynienia dobra, miłowania Boga i bliźnich, otrzymujemy pomoc i uzdrowienie
w chorobie, moc do stawania się lepszymi, błogosławieństwo na drodze powołania
małżeńskiego, kapłańskiego czy zakonnego itd.



z książki: 101 pytań o Boże Miłosierdzie

autorzy: Piotr Szweda MS i ks. Andrzej Witko


piątek, 19 kwietnia 2013

Droga do Chrystusa - Wyznanie grzechów



Nie zazna szczęścia, kto błędy swe ukrywa, kto je wyznaje, porzuca - ten miłosierdzia dostąpi (Przyp. Sal. 28,13).
Warunki uzyskania łaski Bożej są proste, sprawiedliwe i rozsądne. [...] Łaska bowiem staje się udziałem każdego, kto wyzna swoje grzechy i wyrzeknie się ich.
Apostoł mówi: "Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie ..."(Jak. 5,16). Wyznawajcie grzechy wasze Bogu, który jedynie może je odpuścić, a upadki wasze wyznawajcie sobie wzajemnie. [...]
Ci, którzy nie ukorzyli serca wyznając swoje winy, nie dopełnili pierwszego warunku przyjęcia przez Boga. O ile nie odczuliśmy prawdziwej skruchy, nie wyznaliśmy swoich grzechów w pokorze serca i nie odrzuciliśmy ich ze zgrozą, oznacza to, że jeszcze szczerze nie pragnęliśmy ich odpuszczenia. [...] Jedynym powodem, dla którego nie zaznaliśmy odpuszczenia grzechów przeszłości, jest to, że nie chcemy ukorzyć naszych serc i podporządkować się warunkom słowa prawdy. [...] Wyznanie grzechów wprowadza na drogę do Pana Boga, gdy pochodzi z głębi serca: "Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu" (Psalm 34,19).
[...]
Obowiązki, które należą do nas, zostały wyraźnie określone: "Obmyjcie się, czyści bądźcie! Usuńcie zło uczynków waszych sprzed moich oczu! Przestańcie czynić zło! Zaprawiajcie się w dobrem. Troszczcie się o sprawiedliwość, wspomagajcie uciśnionego, oddajcie słuszność sierocie, w obronie wdowy stawajcie" (Izaj. 1,16.17). [...] Apostoł Paweł tak pisze o skutkach pokuty: "To bowiem, że zasmuciliście się po Bożemu - jakąż wzbudziło w was gorliwość, obronę, oburzenie, bojaźń, tęsknotę, zapał i potrzebę wymierzenia kary. We wszystkim okazaliście się bez nagany" (2 Kor. 7,11).
Gdy grzech osłabił moralną wrażliwość, człowiek przestał dostrzegać wady swojego charakteru. Nie rozumie ogromu popełnionego zła i jeśli nie podda się przekonywującemu wpływowi Ducha Świętego, pozostanie częściowo ślepy na własne grzechy. Wyznania jego nie są wtedy szczere ani poważne. Dla każdego grzechu znajduje usprawiedliwienie. Tłumaczy, że jego grzechy były wynikiem okoliczności od niego niezależnych.
Adam i Ewa odczuli w sercu wstyd i grozę po spożyciu zakazanego owocu. Lecz pierwszą ich myślą było, jak się usprawiedliwić i uniknąć kary śmierci. A gdy Bóg zażądał wyjaśnienia, Adam starał się złożyć winę częściowo na Boga, a częściowo na swoją towarzyszkę: "Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem". Niewiasta zaś złożyła winę na węża: : "Wąż mnie zwiódł i zjadłam" (1 Mojż. 3, 12.13). Uniewinnianie siebie stało się wyrzutem: "Dlaczego stworzyłeś węża? Dlaczego pozwoliłeś mu wejść do raju?" Adam i Ewa próbowali tym samym złożyć odpowiedzialność za swój grzech na Boga. Duch nieuzasadnionego usprawiedliwiania się pochodzi od ojca kłamstwa. Jest on właściwy wszystkim synom i córkom Adama. Takie wyznanie nie jest natchnione przez Ducha Świętego i dlatego nie może być przez Boga przyjęte. Prawdziwa pokuta uczy człowieka ponoszenia odpowiedzialności za swe winy. Uczy wyznania grzechu bez kłamstwa i obłudy, podobnie jak to uczynił ów ubogi celnik, który nie podniósłszy  nawet oczu ku niebu, wołał: "Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu".  Wszyscy, którzy w tym duchu wyznają swe winy, dostępują odpuszczenia. Jezus ofiarowuje swoją krew za każdą skruszoną duszę. [...] Apostoł Paweł nie próbował się osłaniać, przedstawia swój grzech w najciemniejszych barwach, nie usiłując pomniejszyć swojej winy: "Przecież mnie samemu zdawało się, że powinienem gwałtownie występować przeciw imieniu Jezusa Nazarejczyka. Uczyniłem to też w Jerozolimie i wziąwszy upoważnienie od arcykapłanów, wtrąciłem do więzienia wielu świętych, głosowałem przeciwko nim, gdy ich skazywano na śmierć..." (Dz. Ap. 26,9.10). Nie wahał się ani chwili z wydaniem świadectwa: "Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy" (1 Tym. 1,15). Uniżone i skruszone serce, zmiękczone prawdziwą pokutą, może docenić miłość Bożą i wartość ofiary poniesionej na Golgocie. Podobnie jak syn wyznaje kochającemu ojcu popełnione winy, tak zwraca się prawdziwie nawrócona dusza do Boga.
Napisane jest: "Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, (Bóg) jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości" (1 Jana 1,9).


Fragmenty rozdziału pt. Wyznanie grzechów,
z książki pt. Droga do Chrystusa,
autorstwa: Ellen. G. White

środa, 17 kwietnia 2013

Droga do Chrystusa - Pokuta




W jaki sposób człowiek może być usprawiedliwiony przed Bogiem? Jak grzesznik może stać się sprawiedliwy? Tylko przez Chrystusa możemy powrócić do harmonii z Bogiem, ze świętością. A jak możemy przyjść do Chrystusa? Wielu ludzi zadaje to samo pytanie, co tłum ludzi, którzy w dniu Pięćdziesiątnicy przekonani zostali o swej winie: "Cóż mamy czynić, bracia?" Pierwsze słowa w odpowiedzi apostoła Piotra brzmiały: "Nawróćcie się!" (Dz. Ap. 1,37.38). Wkrótce potem powiedział także: "Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone ..." (Dz. Ap. 3,19)
[...]
Bez Ducha Chrystusowego nie potrafimy pokutować i obudzić sumienia, podobnie jak bez Chrystusa nie możemy uzyskać odpuszczenia grzechów.
Chrystus jest źródłem każdego dobrego odruchu. Tylko On sam może zaszczepić w sercu wrogość w stosunku do zła. Każde pragnienie prawdy i czystości, przekonanie o naszej własnej grzeszności jest dowodem działania Ducha Świętego.
Jezus powiedział: "A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie" (Jan 12,32)
[...]
Gdy Chrystus kieruje uwagę grzeszników na swój krzyż, a oni uświadamiają sobie,że to ich grzechy przebiły Go, wówczas przykazania Boże znajdują dostęp do sumienia. Ujawnione zostaje zepsucie ich życia i głęboko w sercu tajony grzech. Zaczynają pojmować sprawiedliwość Chrystusową i pytają: "Czymże jest ten grzech, jeżeli wybawienie od niego wymaga aż tak wielkiej ofiary? Czyż trzeba było aż takiej miłości, takiego cierpienia, tak ogromnego upokorzenia, żeby nas ratować i uczynić dziedzicami życia wiecznego?"
Grzesznik może opierać się tej miłości i nie chcieć zbliżenia się do Chrystusa. Jeżeli jednak podda się działaniu łaski, zostanie do Niego przyciągnięty. Znajomość planu zbawienia doprowadzi go do stóp krzyża w poczuciu żalu za grzechy, które spowodowały cierpienia Syna Bożego.
[...]
Wszyscy, którzy tęsknicie do czegoś lepszego niż ten świat wam dać może, pamiętajcie: ta tęsknota - to głos Boga, skierowany do waszych dusz. Proście Go o przebaczenie i o to, by objawił wam Chrystusa w Jego niepojętej miłości i doskonałej czystości.
[...]
Kto popadł w ciężki grzech, może odczuwać wstyd, niedosyt i potrzebę łaski Chrystusa. W pysze natomiast człowiek nie odczuwa żadnej potrzeby i zamyka serce przed Chrystusem i Jego błogosławieństwami, które przyszedł im dać.
[...]
Nikt nie powinien oszukiwać się myślą, że Bóg w wielkim swym miłosierdziu zbawi i tych, którzy odrzucają Jego łaskę. [...] Miłość, cierpienie i śmierć Syna Bożego dają pojęcie o strasznej potędze grzechu i świadczą, że nie ma ucieczki z tej mocy, tak jak nie ma nadziei na życie wieczne bez poddania się Chrystusowi.
[...]
Grzech, jakkolwiek może wydawać się mały, stale naraża nas na niebezpieczeństwo utraty wiecznego szczęścia. To, czego my nie pokonamy, pokona nas i przyniesie nam zniszczenie.
Adam i Ewa przekonywali siebie, że tak mała rzecz, jaką jest zjedzenie zakazanego owocu, nie może spowodować tak strasznych następstw, jakie Bóg zapowiedział. Lecz ta pozornie drobna rzecz była przestępstwem nieodmiennego i świętego prawa Bożego, oddzieliła człowieka od Boga i otworzyła na świat wrota najskrajniejszej nędzy i śmierci. Od wieków z  naszej ziemi płyną do nieba bolesne westchnienia i skargi. Wszystkie stworzenia wspólnie cierpią w konsekwencji nieposłuszeństwa człowieka. Nawet niebo odczuwa skutki tego buntu przeciwko Bogu. Golgota jest pomnikiem zdumiewającej ofiary, poniesionej dla ratowania tego, co zginęło na skutek przestępstwa boskiego prawa. Nigdy nie uważajmy grzechu za rzecz mało znaczącą.
[...]
Nawet jeden zły rys charakteru, jedno stałe pielęgnowane grzeszne pragnienie doprowadzi w końcu do zneutralizowania całej mocy ewangelii. Każde pobłażanie złu wzmacnia niechęć duszy do Boga. [...] Chrystus jest gotowy uwolnić człowieka od grzechu, nie chce jednak przymuszać nas.
[...]
Nie musimy zjednywać Boga z sobą, lecz - o cudowna miłości! -  Bóg w Chrystusie "pojednał z sobą świat" (2 Kor. 5,19) On sam pociąga swoją czułą miłością zbłąkane dzieci. Żaden z rodziców na ziemi nie mógłby wykazać tyle cierpliwości do błędów swoich dzieci, ile Bóg okazuje ludziom, których chce ratować. Nikt nie może wstawić się za winowajcą serdeczniej, niż to uczynił Chrystus. Żadne ludzkie usta nie wypowiedziały bardziej czułych próśb do pielgrzymującego człowieka niż On. Wszystkie jego obietnice i przestrogi są tchnieniem niewypowiedzianej miłości. [...]


Fragmenty rozdziału pt. Pokuta,
z książki pt.  Droga do Chrystusa,
autorstwa:  Ellen. G. White

sobota, 13 kwietnia 2013

Jan Paweł II – narzędzie Bożej miłości



Jan Paweł II swoja świętością promieniował na cały świat. Jego postawa zmieniła życie wielu ludzi. Wśród nich jest Lisa Burns z Manchester w Wielkiej Brytanii, której list publikowaliśmy przed laty na łamach naszego czasopisma.

Mam 21 lat. Pochodzę z Wielkiej Brytanii, z miasta Manchester. Zostałam wychowana w rodzinie katolickiej. Z radością przystępowałam do pierwszych sakramentów świętych, jednak gdy miałam 12 lat zaczęłam powoli zapominać naukę Kościoła. Byłam dobrą i spokojną uczennicą. Być może, dlatego koledzy w szkole nękali mnie. Czułam się bezsilna. Pewnego dnia koleżanka z ławki czytała książkę o urokach i czarach. Na stronie, która właśnie miała przed sobą, zobaczyłam zdanie o tym, jak zastosować urok, aby pokonać prześladowców i być popularnym. Zainteresowało mnie to… Pozornie niewinny artykuł spowodował, ze zajęłam się okultyzmem. W jednej z księgarni natrafiłam na wielki dział poświęcony New Age i okultyzmowi.

Byłam zafascynowana czarami. Był to czas, kiedy szukałam wsparcia i odpowiedzi na pytania dotyczące życia. Nie byłam dojrzała duchowo, stąd treść tych książek robiła na mnie ogromne wrażenie. Dziś już wiem, że ta bardzo niebezpieczna literatura przekazuje wiele fałszywych pojęć i uprzedzeń do wiary katolickiej. Mówi się w tam, ze Szatana nie ma, ze to katolicy stworzyli ten mit, a Szatan jest aniołem światłości. Mówienie nastolatkom, iż Szatan to fikcja, jest bardzo niebezpieczne.

Takie nauczanie zbliżyło mnie do satanizmu. Dobrze, że rytuały, które poznałam z książek, i uroki, które rzucałam na innych, nie zadziałały. Może właśnie dlatego zaczęłam się nużyć tymi praktykami i przestałam zajmować się magią. I wówczas w moim życiu zabrakło celu. Moja wiara była słaba, poraniona przez fałszywa naukę płynącą z New Age.

Pogrążona w ciemności

Jednak nie zwróciłam się wówczas ku Chrystusowi, tak, jak powinnam była to zrobić. Popadłam w agnostycyzm. Żyłam jak inni młodzi ludzie dzisiaj, w myśl zasady: Jeśli czujesz się w porządku i nikogo nie ranisz, idź do przodu i żyj. Życie w czystym relatywizmie, dryfowanie bez celu, ale z powracającym w myślach pytaniem: dlaczego jesteśmy tutaj, kim jest Bóg, czy on naprawdę istnieje? Stopniowo stawałam się ateistka.

Przez z ostatnie kilka miesięcy przed moim nawróceniem byłam pogrążona w ciemności. Boże Narodzenie przeżyłam w ogromnej depresji, największej jakiejkolwiek doświadczyłam. W nocy leżałam na łóżku, nie mogąc spać. Choć nie zdawałam sobie z tego sprawy, moje serce wołało do Boga i pytało: Jezu, czy Ty jesteś prawdziwy, rzeczywisty? Czy rzeczywiście istniejesz, czy ja po prostu umrę i to będzie mój koniec? Już nie wierzyłam, że prawdziwa miłość istnieje, widziałam tylko zło w ludziach. Czułam się zgorzkniała, pozbawiona emocji i uczuć. Jedyne, co czułam, to złość. Nikomu nie ufałam.

Byłam w destrukcyjnym nastroju. Chciałam umrzeć, zastanawiałam się nad samobójstwem. Traciłam na wadze, cierpiałam fizycznie. Czułam się coraz bardziej bezsilna. Byłam bardzo daleko od Boga. Dziś wiem, że On był obok mnie w każdej z tamtych chwil.

Moje serce zostało dotknięte

Wśród tej wielkiej ciemności zaczęło się dziać coś cudownego. W tym czasie w Watykanie umierał papież Jan Paweł II. Nie rozumiałam, dlaczego tak wielu ludzi, zwłaszcza młodych, martwiło się faktem, że papież może umrzeć. Osobiście, ze względu na moja niewiarę, miałam do niego stosunek bardzo obojętny. Nie interesowałam się nim, niewiele o nim wiedziałam.

Postrzegałam papieża jako lidera kościoła, w dodatku tradycjonalistę, konserwatystę. Uważałam, że zmarnował swoje życie. Nie mogłam pojąć, dlaczego tylu młodych ludzi żyło wiarą, modliło się się i wyrażało tak wielką miłość do Jana Pawła II. Sama odnosiłam się do każdego, zwłaszcza do młodych ludzi, który rozpaczali z powodu jego choroby, cynicznie – wyśmiewałam każdego, kto modlił się się za papieża i okazywał mu miłość. Jednak gdy usłyszałam w brytyjskiej telewizji, ze papież umarł, coś mnie sparaliżowało. Byłam zszokowana.

Do dziś nie rozumiem, dlaczego. Niespodziewanie odczułam, że zdarzyło się coś dla mnie naprawdę ważnego. Moje serce zostało dotknięte. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego śmierć tego starszego człowieka, który przecież umierał przez ostatnie kilka dni, spowodowała we mnie taka reakcje. Im więcej oglądałam w telewizji wiadomości o Janie Pawle II, tym bardziej zaczynał mnie interesować ten charyzmatyczny człowiek. Miał wszystkie cechy osobowości, których nie mogłam znaleźć w ludziach dookoła. Był łagodny, silny, współczujący, uprzejmy, i pełen miłości. Miał w oczach światło, radość − wszystko to, czego szukałam, ale myślałam, ze posiadanie tego jest niemożliwe. W tamtym czasie nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale zobaczyłam w Nim odbicie Chrystusa.

To nie słowa o Jezusie, które wypowiadał, przemieniły mnie, ale bijąca od niego miłość. Dotknęła ona także mnie. Był narzędziem Bożej miłości. Coś się we mnie zmieniło. Nadzieja wkroczyła do mojego serca. Z napięciem obserwowałam w telewizji pogrzeb papieża Z trudem powstrzymywałam łzy. Słuchałam każdego słowa homilii ks. Kardynała Józefa Ratzingera. Zaczął słowami: Pójdźcie za mną, jakby zwracał sie do mnie osobiście. Najbardziej zapamiętałam zdanie: Możemy być pewni, że nasz ukochany papież stoi w oknie Domu Ojca, widzi nas i nam błogosławi. Moje serce zadrżało, jakby sam Bóg przeszył je strzała. Byłam w Jego posiadaniu. Chwyciłam różaniec i szlochając, całowałam wizerunek Jezusa. Zrozumiałam wtedy, ze tak naprawdę zawsze za Nim tęskniłam, szukałam i kochałam Go. Oto ja, cyniczna ateistka, całowałam krzyż z miłością, rozpaczałam z powodu śmierci papieża, któremu nigdy dotąd nie poświęcałam uwagi.

„Lisa, wróciłaś do domu”

To, co wydarzyło się się w moim życiu można wytłumaczyć tylko w świetle Bożego Miłosierdzia. Po kilku latach przerwy poszłam do spowiedzi. Cały czas płakałam. Zastanawiałam się, jak mogłam odrzucić Chrystusa. Ksiądz spowiednik powiedział, ze otrzymałam wielką łaskę. Ogromny ciężar spadł z moich ramion. Stałam w kościele oszołomiona, patrzyłam na tabernakulum, a głos w sercu mówił: Lisa, wróciłaś do domu… Następnego dnia udałam się na Mszę Świętą, pierwszy raz po wielu latach. Czytana Ewangelia mówiła o Dobrym Pasterzu szukającym zaginionej owcy. Czułam radość, zniknęła ciemność, czułam się otoczona światłem. Przez następne miesiące byłam jak dziecko uczące się chodzić, doznawałam wiele pocieszenia, Jezus stawał się dla mnie bardzo rzeczywisty. Chciałam dzielić się swymi przeżyciami z innymi. Poczułam się bardzo blisko ojca świętego Jana Pawła. To przez niego zadziałał Bóg i dzięki niemu otworzyłam się na działanie łaski. Patrzę na papieża jak na mego ojca duchowego.

Wiem, ze moim obowiązkiem jest mówić o Miłosierdziu Bożym, o tym , jak wielka miłością do ludzi płonie Bóg. Przypominam sobie, ze Papież zmarł w wigilię Święta Miłosierdzia Bożego. W swoim przesłaniu do świata papież Jan Paweł II powiedział: dla ludzkości, która czasem wydaje się być zagubiona i zdominowana przez siły zła, egoizmu, strachu, Pan ofiarował jako dar swoją przebaczającą miłość, która wprowadza pojednanie i daje ducha mądrości. To miłość przemienia serca i przynosi pokój. Konieczna jest ta świadomość: świat musi przyjąć Miłosierdzie Boże. O Panie, który przez swą śmierć i Zmartwychwstanie objawiasz miłość Ojca, wierzymy w Ciebie, i z ufnością powtarzamy dzisiaj: „Jezu ufam Tobie, miej Miłosierdzie dla nas  i całego świata”.


Lisa Burns z Manchester
w Wielkiej Brytanii

źródło: www.kjb24.pl

czwartek, 11 kwietnia 2013

"Wzrok mój spoczywa na nim" (cz. III)




Objawienia Pana Jezusa, które otrzymywała siostra Faustyna od 1929 r. do swej śmierci w roku 1938, a więc przez dziewięć lat, obejmowały też szereg poleceń: Pan Jezus dyktował jej modlitwy i formy czci swego miłosierdzia, które chciał, by zostały rozpowszechnione dla pożytku duchowego, pociechy i zbawienia wielu dusz.

Koronka do miłosierdzia Bożego

Pierwsza modlitwa podyktowana przez Pana Jezusa, którą zanotowała św. Faustyna w swoim Dzienniczku, brzmi: „O Krwi i Wodo, któraś wytrysnęła z Serca Jezusowego jako zdrój miłosierdzia dla nas – ufam Tobie”. Pan Jezus dołączył do niej obietnicę: „Kiedy odmówisz tę modlitwę za jakiego grzesznika z sercem skruszonym i wiarą, dam mu łaskę nawrócenia” (Dz. 186-7). Przekazaniu koronki do miłosierdzia Bożego towarzyszyło przejmujące objawienie, które miało miejsce 13 września 1935 r.: „Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi (...). Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi (Dz. 474). Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa, którymi błagałam Boga, są następujące: »Ojcze przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas«” (Dz. 475). Następnego dnia Pan Jezus powiedział: „Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj (...). Ta modlitwa jest na uśmierzenie gniewu mojego” (Dz. 476), po czym podał dokładny sposób odmawiania koronki na różańcu; to jest ten, który znamy dzisiaj. We wrześniu 1936 r. Pan Jezus przekazał Faustynie obietnice, które daje, odmawiającym tę modlitwę: „Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie moje; niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają mojemu miłosierdziu” (Dz. 687). Nieco później dodał jeszcze: „Dusze, które odmawiać będą tę koronkę, miłosierdzie moje ogarnie je w życiu, a szczególnie w śmierci godzinie” (Dz. 754). Po krótkim czasie Pan Jezus polecił, aby koronkę odmawiała nie tylko Faustyna, ale również siostry z jej zgromadzenia oraz ich wychowanki. Faustyna zwróciła się w tej sprawie do matki generalnej, ale ta miała zastrzeżenia, czy może nakazać modlitwy jeszcze nie zatwierdzone przez władze kościelne; wyraziła też nadzieję, że ks. Sopoćko wyda broszurkę z koronką, co by ułatwiło jej rozpowszechnienie. A Pan Jezus nalegał: „O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronkę. Zapisz te słowa, córko moja, mów światu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione miłosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają się do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła” (Dz. 848). Podczas swego pobytu w sanatorium w Prądniku siostra Faustyna doświadczyła naocznie skuteczności koronki dla ludzi umierających: nawracali się, przyjmowali sakramenty, pogodzeni z Bogiem umierali w spokoju. Tą modlitwą mogła ogarniać nawet ludzi znajdujących się daleko, a ukazanych jej w wizji wewnętrznej. Raz, gdy skarżyła się Panu Jezusowi, że tylu ludzi Go nie zna, nie kocha, jak „lecą na oślep w straszną przepaść piekielną”, Pan jej odpowiedział: „Przez odmawianie tej koronki zbliżasz ludzkość do Mnie” (Dz. 929). Jakim skarbem jest więc ta modlitwa i jakie szczęście, że ją znamy, odmawiamy i możemy rozpowszechniać wśród tych, którzy jeszcze nie poznali tego daru miłości Bożej.

Godzina miłosierdzia

Pewnego dnia, gdy Faustyna rozważała śmierć Pana Jezusa na krzyżu, usłyszała Jego słowa: „O trzeciej godzinie błagaj mojego miłosierdzia, szczególnie za grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w mojej męce, szczególnie w moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego. Pozwolę ci wniknąć w mój śmiertelny smutek; w tej godzinie nie odmówię duszy niczego, która Mnie prosi przez mękę moją” (Dz. 1320). Później Pan Jezus bliżej określił, jakiego by chciał uczczenia tego momentu ofiary, odkupienia, zadośćuczynienia Ojcu, największego miłosierdzia dla ludzi, który miał miejsce w Wielki Piątek o godzinie piętnastej: „Ile razy usłyszysz, jak zegar bije trzecią godzinę, zanurzaj się cała w miłosierdziu moim, uwielbiając i wysławiając je; wzywaj jego wszechmocy dla świata całego, a szczególnie dla biednych grzeszników, bo w tej chwili zostało na oścież otwarte dla wszelkiej duszy. W godzinie tej uprosisz wszystko dla siebie i dla innych; w tej godzinie stała się łaska dla świata całego – miłosierdzie zwyciężyło sprawiedliwość. Córko moja, staraj się w tej godzinie odprawiać drogę krzyżową, o ile ci na to obowiązki pozwolą; a jeżeli nie możesz odprawić drogi krzyżowej, to przynajmniej wstąp na chwilę do kaplicy i uczcij moje serce, które jest pełne miłosierdzia w Najświętszym Sakramencie; a jeżeli nie możesz wstąpić do kaplicy, pogrąż się w modlitwie tam, gdzie jesteś, chociaż przez króciutką chwilę. Żądam czci dla mojego miłosierdzia od wszelkiego stworzenia, ale od ciebie najpierw, bo dałem ci najgłębiej poznać tę tajemnicę” (Dz. 1572). Ze słów Pana Jezusa wynika, że sposobem uczczenia tej chwili nie musi być koniecznie odmówienie koronki, ale w zależności od sytuacji i możliwości każdy powinien choć na moment znaleźć się duchowo u stóp krzyża. Modlitwa w godzinie miłosierdzia to nie tylko wspomnienie faktu sprzed prawie dwóch tysięcy lat, ale uświadomienie sobie lub ożywienie tej świadomości, że odkupienie człowieka przez Syna Bożego, pojednanie go z Ojcem, zadośćuczynienie Ojcu za grzech świata dokonuje się stale, że miłosierdzie Boże, objawione najgłębiej przez śmierć krzyżową Jezusa Chrystusa, obejmuje wszystkich ludzi wszystkich pokoleń i wieków, aż do skończenia świata. A to bicie zegara odmierzającego nasz ziemski czas aż do momentu, gdy przeminie doczesność, a nastanie wieczność, ma nam uświadamiać, że Pan Jezus umiera mistycznie zawsze, wszędzie, gdzie jest człowiek, stale na ołtarzach świata ofiarowuje się Ojcu za grzeszną ludzkość. Trzeba wtedy choć na chwilę przystanąć duchowo i pomyśleć ze czcią i wdzięcznością o tym, że śmierć Jezusa była za mnie, żebym ja nie umarł na wieki ciemności. Co więcej, otwarła strumienie miłości i łaski Trójcy Świętej, które spływają na mnie od chwili mojego chrztu. Ten moment uczczenia szczytu miłosierdzia Bożego w śmierci Jezusa o godz. 15 powinien wejść w obyczaj każdego chrześcijanina. Pan Jezus prosił o tę chwilę nie tylko Faustynę – zwraca się z tą prośbą do każdego człowieka.

Święto Miłosierdzia

Gdy Pan Jezus zlecił Faustynie namalowanie swego obrazu, 22 lutego, po raz pierwszy wyraził życzenie, aby druga niedziela po Zmartwychwstaniu była obchodzona jako święto Miłosierdzia Bożego: „Ja pragnę, aby było Miłosierdzia Święto (...). Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być Świętem Miłosierdzia” (Dz. 49). To święto jest jeszcze jednym źródłem łaski i zmiłowania Bożego dla ludzi, a – jak dotąd – za mało znane i doceniane. Pan Jezus tak mówił do Faustyny: „Zbierz wszystkich grzeszników z całego świata i zanurz ich w przepaści miłosierdzia mojego. Pragnę się udzielać duszom, dusz pragnę, córko moja. W święto moje – w święto Miłosierdzia – będziesz przebiegać świat cały i sprowadzać będziesz dusze zemdlone do źródła miłosierdzia mojego. Ja je uleczę i wzmocnię” (Dz. 206); „Święto to wyszło z wnętrzności miłosierdzia mojego i jest zatwierdzone w głębokościach zmiłowań moich. Wszelka dusza wierząca i ufająca miłosierdziu mojemu dostąpi go” (Dz. 420). Ze świętem Miłosierdzia związane są największe obietnice Pana Jezusa: „W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia mojego; która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar; w tym dniu otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski; niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat” (Dz. 699). Możliwość uzyskania odpustu zupełnego w tym dniu Pan Jezus potwierdził jeszcze raz w widzeniu w 1937 r. Jak kult miłosierdzia Bożego poprzez obraz Jezu, ufam Tobie i koronkę zapuścił głębokie korzenie w duchowości chrześcijańskiej naszych czasów, tak święto Miłosierdzia jeszcze nie jest dość znane; życzenie Pana Jezusa wymaga gorliwszego przekazu tym, którzy o nim nie wiedzą; to zadanie nie tylko dla duszpasterzy, ale dla wszystkich czcicieli miłosierdzia Bożego. Pan Jezus się skarży: „Dusze giną mimo mojej gorzkiej męki. Daję im ostatnią deskę ratunku, to jest święto Miłosierdzia mojego. Jeżeli nie uwielbią miłosierdzia mojego, zginą na wieki. Sekretarko mojego miłosierdzia, pisz, mów duszom o tym wielkim miłosierdziu moim, bo blisko jest dzień straszliwy, dzień mojej sprawiedliwości” (Dz. 965); „Święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności moich dla pociechy świata całego” (Dz. 1517).

Sługa dobry i wierny, który zna wolę swego Pana

Ksiądz Michał Sopoćko, spowiednik siostry Faustyny, wiedział od niej, że Pan Jezus jemu powierzy rozpowszechnienie orędzia o miłosierdziu Bożym w Kościele i na świecie. Wizjonerka uprzedziła go, że czeka go wiele pracy, wysiłków i niepowodzeń, ale w tej misji nie ma ustawać ani się zniechęcać. Po ostatnim widzeniu z nią, krótko przed jej śmiercią, ks. Sopoćko zapisał w swoim notatniku: „Mam nie ustawać w szerzeniu kultu miłosierdzia Bożego, a w szczególności dążyć do ustanowienia święta w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nigdy nie mogę powiedzieć, że uczyniłem dosyć. Choćby się spiętrzyły największe trudności, choćby się zdawało, że sam Bóg tego nie chce, nie można ustawać. Choćby już brakło sił fizycznych i moralnych, nie ustawać. Głębia bowiem Miłosierdzia Bożego jest niewyczerpana i nie wystarczy życia naszego na Jego wysławianie”. Tak czynił do upadłego. Jeszcze podczas wojny napisał traktat o miłosierdziu Bożym, który udało się konspiracyjnie odbić na powielaczu w 500 egzemplarzach. Po przeniesieniu do Białegostoku starał się rozpalić tym kultem wielu teologów i duszpasterzy. Ale sprawa szła opornie. Siostra Faustyna zmarła w murach klasztornych jako nieznana, cicha zakonnica; jej Dzienniczek (jeszcze w rękopisie) poznawały dopiero jej współsiostry. Kolportowane w broszurkach modlitwy i obrazek Króla Miłosierdzia nie zyskiwały wyższej rangi w oczach duchowieństwa przez to, że pochodziły z wizji nieznanej nikomu zakonnicy. Natomiast przeciw tekstom modlitw i samej myśli otoczenia kultem jednego z przymiotów Bożych, jakim jest miłosierdzie, podniosły się głosy teologów. Ksiądz Sopoćko w swych staraniach dotarł do kardynała Augusta Hlonda i pozyskał jego przychylność dla sprawy. Śmierć prymasa Hlonda wstrzymała bieg starań; niemniej jego następca, prymas Stefan Wyszyński, na wniosek ks. Sopoćki zwrócił się do Stolicy Apostolskiej z prośbą o aprobatę dla kultu i święta Miłosierdzia Bożego. Silnym argumentem były głosy i petycje wiernych na rzecz tego kultu, nadsyłane nie tylko z Polski. Prymas Wyszyński, będąc w Rzymie w 1957 r., osobiście złożył w Kongregacji św. Oficjum odpowiednie pisma i odniósł wrażenie, że sprawa przybierze pomyślny obrót. Ksiądz Sopoćko nie ustawał w zabiegach o pozyskanie przychylności episkopatu Polski dla kultu miłosierdzia Bożego, obrazków Króla Miłosierdzia i ustanowienia święta oraz o opinie dotyczące Dzienniczka siostry Faustyny, którego egzemplarze zostały dostarczone biskupom. Kiedy budziły się jakieś głosy zastrzeżeń co do kultu obrazu, tekstów modlitw itp., ks. Sopoćko śpieszył z wyjaśnieniami. Widział bowiem, jak oddolnie szerzy się nabożeństwo do miłosierdzia Bożego, jak ludziom znękanym wojną i reżimem komunistycznym to nabożeństwo jest bliskie i ile łask dla ludzi, a chwały Bożej przysparza. Sprawy Boże muszą przejść swoją drogę krzyżową, aby odnieść zwycięstwo. Tak się też stało z kultem miłosierdzia Bożego. 6 marca 1959 r. Kongregacja św. Oficjum wydała notyfikację, w której polecała powstrzymanie rozpowszechniania obrazów i pism przedstawiających nabożeństwo do miłosierdzia Bożego w formach przekazanych przez siostrę Faustynę. Wcześniej prymas Wyszyński otrzymał pismo z Kongregacji dodające jeszcze polecenie usuwania obrazów Króla Miłosierdzia, niewprowadzania święta miłosierdzia Bożego i upomnienia ks. Sopoćki, by nie szerzył więcej tych objawień i nabożeństwa. Zdawało się, że „causa finita” – sprawa skończona. Ksiądz Sopoćko przyjął werdykt Stolicy Apostolskiej z całą pokorą, przestając działać, ale nie przestając wierzyć w zwycięstwo prawdy. Widział szczery żal tych, którym nabożeństwo do miłosierdzia Bożego dało wiarę, w których obudziło nadzieję i rozpaliło miłość do Boga, a miłosierdzie dla bliźniego. Dla tych osób wielką otuchą stało się otwarcie procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny Kowalskiej 21 października 1965 r. przez arcybiskupa krakowskiego Karola Wojtyłę. W trakcie procesu wiele dokumentów uzupełniono, wiele spraw i nieporozumień wyjaśniono na korzyść tego, o co zabiegał ks. Sopoćko. W dwa lata później diecezjalny proces został uroczyście zakończony i jego akta przesłane do Kongregacji do spraw Świętych do Rzymu, gdzie zaczął się proces beatyfikacyjny. Ksiądz Michał Sopoćko poza pracami związanymi z procesem sługi Bożej, a jego penitentki, którą uważał za świętą jeszcze, gdy żyła, oddawał się pracy dydaktycznej w seminarium duchownym w Białymstoku, a później duszpasterstwu i pracy charytatywnej. Nadal miał na sercu życzenie Pana Jezusa, aby zostało ustanowione święto Miłosierdzia Bożego, a to leżało wyłącznie w kompetencji władzy duchownej. Sam kult miłosierdzia Bożego, obrazki Jezu, ufam Tobie, koronka do miłosierdzia Bożego rozpowszechniały się oddolnie, docierając do innych krajów i kontynentów, wszędzie przynosząc wielkie duchowe owoce. Ksiądz Sopoćko, już schorowany, nie ustawał w głoszeniu wielkości miłosierdzia Bożego, ale zdawało mu się, że dzieła do końca nie doprowadził. Po ludzku tak można było sądzić. Faustyna, umierając, przekazała orędzie jemu, on zaś nie miał komu. Zmarł w Białymstoku 15 lutego 1975 roku. Ziarno musiało obumrzeć. A owoce posypały się jak z dojrzałego kłosa: cofnięcie notyfikacji 15 kwietnia 1978 r., wybór Karola Wojtyły, wielkiego czciciela miłosierdzia Bożego i siostry Faustyny, na papieża 16 października tegoż roku, jego encyklika Dives in misericordia w roku 1980, beatyfikacja siostry Faustyny w 1993 r. i kanonizacja w roku 2000. Ksiądz Michał Sopoćko sługą Bożym w 1993 i błogosławionym 28 września 2008 r. „Całe XX stulecie – mówił Jan Paweł II – było naznaczone jakimś szczególnym działaniem Boga, który jest Ojcem «bogatym w miłosierdzie»” (Pamięć i tożsamość). To miłosierdzie objawione zostało ze szczególną mocą, aby stać się pociechą ludu Bożego na czas wielkiego zmagania się dobra ze złem, którego jesteśmy świadkami. Błogosławiony Michał mówi do nas też na pociechę i umocnienie: „Wola Boża spełni się w całej swojej rozciągłości i żadne potęgi świata ani duchów ciemności nie zdołają planów Bożych pokrzyżować” (list do Faustyny z 1936 r.).

Źródła: ks. Henryk Ciereszko: „Życie i działalność księdza Michała Sopoćki”, Kraków 2006; Jan Grzegorczyk: „Dziurawy kajak”, Poznań 2006.






"Wzrok mój spoczywa na nim" cz. II



To była rzecz bez precedensu w historii, ażeby Pan Jezus zwrócił się do człowieka z prośbą o namalowanie swego wizerunku i pokazał, jak chce być na tym obrazie przedstawiony. Zdarzyło się to 22 lutego 1931 r. w Płocku, a polecenie Jezusa otrzymała siostra Faustyna Kowalska.

Pan Jezus zaczął się ukazywać siostrze Faustynie 7 lipca 1929 r. Pierwszy raz miało to miejsce nad jeziorem w Kiekrzu pod Poznaniem, gdzie wizjonerka przez krótki czas zastępowała siostrę kucharkę. Kolejny raz ujrzała Go w Płocku 22 lutego 1931 r. Faustyna następująco opisuje to widzenie: „Wieczorem, gdy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. Po chwili powiedział mi Jezus: »Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także tu, na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić jej będę jako swej chwały«” (Dz. 47-48). Gdy spowiednik, któremu Faustyna zwierzyła się z tej wizji, zrozumiał ją jako przenośnię, Pan Jezus w następnym objawieniu uściślił swoje żądanie: „Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia. Pragnę, ażeby kapłani głosili to wielkie miłosierdzie moje względem dusz grzesznych. Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie grzesznik. Palą Mnie płomienie miłosierdzia, chcę je wylać na dusze ludzkie” (Dz. 49-50). Siostra Faustyna była przerażona postawionym przed nią zadaniem: nigdy nie miała do czynienia z rysunkiem czy malarstwem. Prosiła Pana Jezusa, aby nie „polecał jej rzeczy tak wielkich, widzisz, żem proszek nieudolny” (Dz. 53). Czas biegł naprzód i Pan Jezus stale się upominał o spełnienie przez Faustynę Swego wymagania: „żeby był namalowany ten obraz, nie mogę zaznać spokoju” – pisała wizjonerka (Dz. 74). Pan Jezus obiecał Faustynie pomoc, ukazując jej w wewnętrznym widzeniu jej przyszłego spowiednika, księdza Michała Sopoćkę: „Oto jest pomoc widzialna dla ciebie na ziemi. On ci dopomoże spełnić wolę moją na ziemi”. Kiedy indziej powiedział o ks. Michale: „Wzrok mój jest zwrócony dzień i noc na niego. Tyle koron będzie w koronie jego, ile dusz się zbawi przez dzieło to” (Dz. 90). I rzeczywiście: kiedy siostrę Faustynę władze zakonne przeniosły w maju 1933 r. do Wilna, gdzie spowiednikiem sióstr był ks. Sopoćko, Faustyna doznała umocnienia i pewności, że w pełnej szczerości i posłuszeństwie jemu będzie szła bezpiecznie drogą realizacji planów Bożych. Pan Jezus przynaglał siostrę: „Wiedz o tym, że jeżeli zaniedbasz sprawę malowania tego obrazu i całego dzieła miłosierdzia, odpowiesz za wielką liczbę dusz w dzień sądu” (Dz. 1954). Gdy Faustyna to powtórzyła w konfesjonale, spowiednik poczuł, że musi wziąć sprawę w swoje ręce. Znał z sąsiedztwa wileńskiego malarza Eugeniusza Kazimirowskiego. Nie należał on do czołówki artystów wileńskich, stanowiących w tych latach środowisko skupiające wybitnych twórców. Ale może to było zrządzenie Boże, ponieważ wybitny malarz chciałby zapewne forsować swoją wizję, a Eugeniusz Kazimirowski, podejmując się tego dzieła, starał się malować ściśle według wskazówek wizjonerki, która pamiętała każdy szczegół swojej wizji. Praca nad obrazem rozpoczęła się 2 stycznia 1934 r. Faustyna w towarzystwie przełożonej lub którejś z sióstr przychodziła jeden lub dwa razy w tygodniu do pracowni malarza. Często uczestniczył w tych spotkaniach również ks. Sopoćko. On też miał pozować malarzowi, gdy chodziło o gesty rąk i układ szaty. Do końca pracy nad obrazem siostra Faustyna pilnowała wszystkich szczegółów i do końca nie była zadowolona. „W pewnej chwili – wspomina – kiedy byłam u tego malarza, który maluje ten obraz, i zobaczyłam, że nie jest tak piękny, jakim jest Jezus – zasmuciłam się bardzo, jednak ukryłam to w sercu głęboko”. Po powrocie do klasztoru „zaraz udałam się do kaplicy i napłakałam się bardzo. Rzekłam do Pana: »Kto Cię wymaluje tak pięknym, jakim jesteś?«. – Wtem usłyszałam takie słowa: »Nie w piękności farby ni pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej«” (Dz. 313).

Naczynie łaski

Według zamiarów Bożych obraz miał uprzystępniać prawdę o miłosierdziu – największym przymiocie Boga – i poruszać serca do poznania, uwierzenia, uczczenia i naśladowania miłosierdzia Bożego. Na obrazie Jezus idzie ku człowiekowi, patrzy na niego, niesie mu bezmiar swojej miłości, rozświetla jego drogę (tło obrazu jest ciemne, a Jezus idzie w światłości). Znaczenie obu promieni Pan Jezus wyjaśnił Faustynie: „Te dwa promienie oznaczają krew i wodę – blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz. Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia mojego wówczas, kiedy konające serce moje zostało włócznią otwarte na krzyżu. Te promienie osłaniają dusze przed zagniewaniem Ojca mojego. Szczęśliwy, kto w ich cieniu żyć będzie, bo nie dosięgnie go sprawiedliwa ręka Boga” (Dz. 299). Swoje spojrzenie z obrazu Jezus tak wyjaśnił: „Spojrzenie moje z tego obrazu jest takie, jako spojrzenie z krzyża” (Dz. 326). W pewnym momencie prac nad obrazem wyniknęła sprawa napisu na nim, tzn. tego, czy jest on konieczny. Pan Jezus przypomniał wówczas Faustynie, że od początku życzył sobie, aby napis „Jezu, ufam Tobie” był na obrazie uwidoczniony: „Podaję ludziom naczynie, z którym mają przychodzić po łaski do źródła miłosierdzia. Tym naczyniem jest ten obraz z podpisem: Jezu, ufam Tobie” (Dz. 327). Krótko potem Pan Jezus ukazał wizjonerce związek, jaki zachodzi pomiędzy treścią obrazu a tajemnicą Eucharystii. Siostra Faustyna tak opisuje to doświadczenie: „Podczas Mszy św. w której był Pan Jezus wystawiony w Najświętszym Sakramencie, przed Komunią św., ujrzałam dwa promienie wychodzące z Przenajświętszej Hostii, takie, jakie są namalowane na tym obrazie: jeden czerwony, drugi blady. Odbijały się na każdej z sióstr i wychowankach, jednak nie na wszystkich jednakowo” (Dz. 335). Podobne widzenia Faustyna miała kilkakrotnie. Napis „Jezu, ufam Tobie” to zaproszenie do bezpośredniej rozmowy z Jezusem: On wychodzi do człowieka ze swoją łaską, ukazaną jako promienie, a człowiek może Mu odpowiedzieć tylko ufnością, bo cóż w swojej nędzy ma do ofiarowania Królowi Miłosierdzia, jak tylko swoje zawierzenie? „Jaki miał być tytuł obrazu?” – na rozkaz spowiednika Faustyna zapytała Pana Jezusa. „Król Miłosierdzia” – padła odpowiedź. Obraz był gotów. Pragnieniem Pana Jezusa było, by jak najszybciej mógł przez ten obraz mówić do wszystkich. Ponieważ jednak do publicznego wystawienia go w kościele potrzebne było pozwolenie arcybiskupa, ks. Sopoćko umieścił go tymczasowo w krużganku klasztoru Sióstr Bernardynek przy kościele św. Michała, którego był rektorem. Innych kroków nie podjął. Tymczasem na wiosnę 1935 r. Pan Jezus stanowczo upomniał się o wystawienie obrazu do czci publicznej. Ma to nastąpić w czasie Triduum Paschalnego i w niedzielę przewodnią, a obraz ma być widoczny dla wszystkich modlących się w Ostrej Bramie. Okoliczności ułożyły się pomyślnie. Kustosz Ostrej Bramy poprosił ks. Sopoćkę o wygłoszenie cyklu nauk w tych dniach, a ten się zgodził – pod warunkiem że będzie wtedy wystawiony obraz Króla Miłosierdzia. Tak też się stało. Ksiądz Sopoćko głosił w kazaniach wielkość miłosierdzia Bożego, obraz przystrojony kwiatami wyglądał imponująco, zwracał uwagę wszystkich modlących się, a kazania poruszały serca. Można się było w tych kilku dniach przekonać, że prawda o nieskończonym miłosierdziu Bożym wobec każdego – nawet najbardziej grzesznego – człowieka trafia do serc głodnych miłości, przebaczenia, oparcia i nadziei. W Wielki Piątek siostra Faustyna ujrzała w widzeniu, jak Pan Jezus z obrazu ożył, a promienie wychodzące z Jego serca przenikały do serc ludzkich. Po zakończeniu uroczystości obraz musiał wrócić do klasztoru Bernardynek, nie było bowiem zezwolenia arcybiskupa na jego cześć publiczną. Ordynariusz wileński arcybiskup Romuald Jałbrzykowski ociągał się z decyzją, nie przekonany co do autentyczności objawień otrzymywanych przez siostrę Faustynę, zwłaszcza że jeszcze stale trwały, a tymczasem Pan Jezus nalegał coraz bardziej na rozpowszechnienie tego danego przezeń „naczynia miłosierdzia”. Dopiero po wielu usilnych staraniach ks. Sopoćki obraz został poświęcony i umieszczony w kościele św. Michała w Wilnie – w niedzielę przewodnią 4 kwietnia 1937 r. Pod koniec 1937 r. Pan Jezus powiedział Faustynie: „Już jest wiele dusz pociągniętych do mojej miłości przez obraz ten. Miłosierdzie moje przez dzieło to działa w duszach” (Dz. 1379). Siostra Faustyna była już wtedy w Krakowie, przeniesiona do tamtejszego klasztoru ze względu na pogarszający się stan jej zdrowia. Po jej wyjeździe z Wilna ks. Sopoćko nie zaprzestał starań o szerzenie kultu miłosierdzia Bożego. W oparciu o naukę Kościoła napisał broszurkę o tym przymiocie Boga i wydał ją, umieszczając na okładce odbitkę obrazu Króla Miłosierdzia. Pragnął, aby to dziełko trafiło do rąk tych, którzy sami przejąwszy się czcią miłosierdzia Bożego, przekażą ją innym. Siostra Faustyna, już ciężko chora, bardzo ucieszyła się z tej książeczki i napisała swemu kierownikowi duchowemu: „O, jak niezmiernie rozradował się duch mój Bogiem, kiedy ujrzałam dzieło to, w którym wiernie i głęboko odbite są życzenia Boże; czuję i wiem, jak wiele zdziałają w duszach ludzkich, ponieważ jest w nich tchnienie Boże”. Ksiądz Sopoćko nie poprzestał na tej jednej publikacji; pisał artykuły, głosił kazania, wydawał obrazki Króla Miłosierdzia z tekstami modlitw podyktowanych wcześniej przez siostrę Faustynę. Ze strony władz kościelnych i duchowieństwa żywszego odzewu nie uzyskał. W stosunku do włożonego ogromnego wysiłku – wyniki oficjalne były znikome. Ale dzieło Boże rosło od dołu. Zapewniał o tym Faustynę sam Pan Jezus, a ona doświadczała niejednokrotnie, jak gorąca modlitwa przed tym obrazkiem wyjednywała wielkie łaski, zwłaszcza nawrócenia. W jednym z ostatnich jej zapisków, w czerwcu 1938 r., czytamy: „Dziś ujrzałam chwałę Bożą, która płynie z obrazu tego. Wiele dusz doznaje łask, choć o nich głośno nie mówią. Choć różne są koleje jego, Bóg otrzymuje chwałę przezeń i wysiłki szatana i złych ludzi rozbijają się i obracają w nicość. Mimo złości szatana miłosierdzie Boże zatriumfuje nad całym światem i czczone będzie przez wszystkie dusze” (Dz. 1789). Siostra Faustyna zmarła w Krakowie 5 października 1938 roku.

Ufność w największym ucisku

Dzieło rozkrzewiania głębszej wiedzy i czci miłosierdzia Bożego spoczęło teraz całkowicie na barkach ks. Michała Sopoćki. Zabiegom oficjalnym czas nie sprzyjał: całą uwagę skupiano na rosnącej groźbie wojny, natomiast właśnie to wiszące nad głowami narodu niebezpieczeństwo skłaniało do szukania nadziei i pomocy w zwróceniu się do miłosierdzia Bożego. Obrazki z wizerunkiem Króla Miłosierdzia rozchodziły się szybko. Rozpowszechniały je siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia w Wilnie i Krakowie. Dołączone do obrazków krótkie modlitwy podyktowane Faustynie przez Pana Jezusa wchodziły do repertuaru codziennych pacierzy. W poczuciu zagrożenia i braku ufności w moc traktatów oraz sojuszy ludzie szukali oparcia w Miłosiernym i Wszechmocnym. Wybuchła II wojna światowa. Krwawe walki, a potem niebezpieczeństwa czyhające na terenie całego okupowanego kraju, masowe wysiedlenia, deportacje, egzekucje, wywózki do obozów i łagrów, na roboty przymusowe – wszystko to powodowało, że chciano mieć Pana Jezusa Miłosiernego przy sobie w Jego wizerunku i móc Mu powtarzać: „Jezu, ufam Tobie”. Wraz z Polakami obrazek zawędrował daleko poza Polskę i Europę. Zapoczątkował żywy kult miłosierdzia Bożego w Stanach Zjednoczonych. Małe fotografie obrazu namalowanego przez Eugeniusza Kazimirowskiego odbijane były w tysiącach egzemplarzy. Taki właśnie malutki obrazek wzięła ze sobą bł. Natalia Tułasiewicz, jadąc dobrowolnie do Niemiec, żeby towarzyszyć tam Polkom zesłanym na przymusowe roboty. On to właśnie stał się centrum małego ołtarzyka, przy którym schodziły się mieszkanki baraku na wspólne pacierze. Podczas powstania warszawskiego mieszkańcy sąsiadujących ze sobą domów gromadzili się na podwórku, aby przy zaimprowizowanym ołtarzyku Króla Miłosierdzia błagać o zwycięstwo oraz o zaprzestanie walk. Ksiądz Sopoćko, widząc rosnący kult obrazu Króla Miłosierdzia, obawiał się, że obrazek zacznie być traktowany jak rodzaj amuletu, chroniącego od niebezpieczeństw wojny. Ale to się nie stało. Treść obrazu rozumiano trafnie: wzywał słowami „Jezu, ufam Tobie” do modlitwy, wiary, ufności i zawierzenia swego życia Bogu i ukazywał Jezusa tak bliskiego ludziom, zwłaszcza w ich niedoli. Okres powojenny, rachunek strat i nieszczęść, znalezienie się, wbrew woli narodu, w bloku komunistycznym, walka z Kościołem, prawdziwym patriotyzmem i kulturą narodową, narzucany ateizm – wszystko to pogłębiało potrzebę zaufania komuś, kto jest Królem Wszechświata, Historii i Miłosierdzia. Krzepiły słowa Pana Jezusa wypowiedziane w 1938 r. do siostry Faustyny: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).

Kalwaryjskie ścieżki cudownego obrazu

Ksiądz Sopoćko przeżył szczęśliwie kolejne okupacje w Wilnie i ukrywając się w Czarnym Borze. W 1947 r. został wezwany przez arcybiskupa Jałbrzykowskiego, który rezydował już od 1945 r. w Białymstoku, do pracy w seminarium duchownym w tym mieście. Siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia już wcześniej opuściły Wilno. Obraz Króla Miłosierdzia pozostał w kościele św. Michała w Wilnie. Władze Wilna, które teraz było stolicą Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, postanowiły w 1948 r. zamienić ten kościół, już wcześniej zamknięty, na Muzeum Architektury. Wszystkie przedmioty kultu usunięto lub zniszczono. W 1951 r. Janina Rodziewicz, gorliwa czcicielka miłosierdzia Bożego, przechodząc obok z przyjaciółką Litwinką, zauważyła uchylone drzwi tego kościoła. We wnętrzu świątyni, ogołoconym z dewocjonaliów, kobiety ujrzały, że obraz Króla Miłosierdzia wisi wysoko na pustej ścianie. Po dłuższych pertraktacjach robotnik pracujący w kościele za odpowiednią, dość wysoką, sumę zdjął obraz ze ściany i oddał im. Kobiety szybko go zabrały i ukryły u znajomych. Wkrótce Rodziewicz została aresztowana i w więzieniu spędziła 3 lata. Po swoim uwolnieniu odszukała obraz, który wymagał już konserwacji ze względu na stopień zniszczenia. Pracy tej podjęła się ofiarnie Helena Szmigielska, konserwator zabytków, ale wszystko musiało przebiegać w ścisłej konspiracji. Szmigielska obraz nie tylko odnowiła, ale przy okazji wykonała też jego kopię. W 1956 r. Janina Rodziewicz postanowiła przenieść się do Polski. Przed wyjazdem odrestaurowany obraz przekazała swojemu spowiednikowi, ks. Elertowi. W prywatnym mieszkaniu tego księdza ujrzał go jego konfrater, ks. Józef Grasewicz, znajomy ks. Sopoćki i wielki czciciel miłosierdzia Bożego, który właśnie szukał obrazu do kościoła w Nowej Rudzie koło Grodna. Bez trudu uzyskał bezcenne płótno i powiesił je wysoko na ścianie noworudzkiego kościoła. Dzięki temu kult miłosierdzia Bożego rozkwitł w tej parafii bardzo szybko. I choć ks. Grasewicza wkrótce przeniesiono gdzie indziej, kościół w Nowej Rudzie był czynny nadal; dopiero w roku 1970 władze postanowiły zamienić go na magazyn. Opróżniono zatem świątynię, pozostawiając w środku jedynie obraz Jezusa Miłosiernego, ponieważ znajdował się on wysoko i był kłopot z jego zdjęciem. Ksiądz Grasewicz, czuwający z dala nad losami obrazu, postanowił wydostać go z Nowej Rudy; wiedział jednak, że przywiązani do niego mieszkańcy nie oddadzą płótna bez walki. Ksiądz zamówił więc po cichu kopię obrazu u grodzieńskiej malarki Marii Gawrosz. Kiedy kopia była gotowa, którejś nocy 1985 r. po kryjomu zamieniono obrazy i cudowny oryginał znalazł się w kościele Świętego Ducha w Wilnie. Tam doczekał wolności kultu religijnego, niepodległości Litwy i wielkiego rozwoju czci miłosierdzia Bożego. Ksiądz Sopoćko nie dożył tej chwili. Póki mógł, trwał w kontakcie z ks. Grasewiczem, konsultując z nim każde posunięcie, ale samego obrazu już nigdy nie ujrzał. Siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia z klasztoru w Łagiewnikach (gdzie zmarła i gdzie została pochowana siostra Faustyna), odcięte wojną od Wilna, zamówiły u krakowskiego artysty Adolfa Chyły wizerunek Króla Miłosierdzia do swojej kaplicy. Malarz ów oparł się na opisie słownym z Dzienniczka siostry Faustyny. Obraz różnił się od dzieła Eugeniusza Kazimirowskiego, na co autorowi zwrócił później uwagę ks. Sopoćko, ale artysta od swojej wizji nie odstąpił i uwag nie przyjął. I tym sposobem dysponujemy dwoma obrazami Króla Miłosierdzia: cudownym pierwowzorem w Wilnie oraz również łaskami słynącym obrazem w Łagiewnikach. (cdn.)


Teresa Tyszkiewicz