Subscribe:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 kwietnia 2013

Jan Paweł II – narzędzie Bożej miłości



Jan Paweł II swoja świętością promieniował na cały świat. Jego postawa zmieniła życie wielu ludzi. Wśród nich jest Lisa Burns z Manchester w Wielkiej Brytanii, której list publikowaliśmy przed laty na łamach naszego czasopisma.

Mam 21 lat. Pochodzę z Wielkiej Brytanii, z miasta Manchester. Zostałam wychowana w rodzinie katolickiej. Z radością przystępowałam do pierwszych sakramentów świętych, jednak gdy miałam 12 lat zaczęłam powoli zapominać naukę Kościoła. Byłam dobrą i spokojną uczennicą. Być może, dlatego koledzy w szkole nękali mnie. Czułam się bezsilna. Pewnego dnia koleżanka z ławki czytała książkę o urokach i czarach. Na stronie, która właśnie miała przed sobą, zobaczyłam zdanie o tym, jak zastosować urok, aby pokonać prześladowców i być popularnym. Zainteresowało mnie to… Pozornie niewinny artykuł spowodował, ze zajęłam się okultyzmem. W jednej z księgarni natrafiłam na wielki dział poświęcony New Age i okultyzmowi.

Byłam zafascynowana czarami. Był to czas, kiedy szukałam wsparcia i odpowiedzi na pytania dotyczące życia. Nie byłam dojrzała duchowo, stąd treść tych książek robiła na mnie ogromne wrażenie. Dziś już wiem, że ta bardzo niebezpieczna literatura przekazuje wiele fałszywych pojęć i uprzedzeń do wiary katolickiej. Mówi się w tam, ze Szatana nie ma, ze to katolicy stworzyli ten mit, a Szatan jest aniołem światłości. Mówienie nastolatkom, iż Szatan to fikcja, jest bardzo niebezpieczne.

Takie nauczanie zbliżyło mnie do satanizmu. Dobrze, że rytuały, które poznałam z książek, i uroki, które rzucałam na innych, nie zadziałały. Może właśnie dlatego zaczęłam się nużyć tymi praktykami i przestałam zajmować się magią. I wówczas w moim życiu zabrakło celu. Moja wiara była słaba, poraniona przez fałszywa naukę płynącą z New Age.

Pogrążona w ciemności

Jednak nie zwróciłam się wówczas ku Chrystusowi, tak, jak powinnam była to zrobić. Popadłam w agnostycyzm. Żyłam jak inni młodzi ludzie dzisiaj, w myśl zasady: Jeśli czujesz się w porządku i nikogo nie ranisz, idź do przodu i żyj. Życie w czystym relatywizmie, dryfowanie bez celu, ale z powracającym w myślach pytaniem: dlaczego jesteśmy tutaj, kim jest Bóg, czy on naprawdę istnieje? Stopniowo stawałam się ateistka.

Przez z ostatnie kilka miesięcy przed moim nawróceniem byłam pogrążona w ciemności. Boże Narodzenie przeżyłam w ogromnej depresji, największej jakiejkolwiek doświadczyłam. W nocy leżałam na łóżku, nie mogąc spać. Choć nie zdawałam sobie z tego sprawy, moje serce wołało do Boga i pytało: Jezu, czy Ty jesteś prawdziwy, rzeczywisty? Czy rzeczywiście istniejesz, czy ja po prostu umrę i to będzie mój koniec? Już nie wierzyłam, że prawdziwa miłość istnieje, widziałam tylko zło w ludziach. Czułam się zgorzkniała, pozbawiona emocji i uczuć. Jedyne, co czułam, to złość. Nikomu nie ufałam.

Byłam w destrukcyjnym nastroju. Chciałam umrzeć, zastanawiałam się nad samobójstwem. Traciłam na wadze, cierpiałam fizycznie. Czułam się coraz bardziej bezsilna. Byłam bardzo daleko od Boga. Dziś wiem, że On był obok mnie w każdej z tamtych chwil.

Moje serce zostało dotknięte

Wśród tej wielkiej ciemności zaczęło się dziać coś cudownego. W tym czasie w Watykanie umierał papież Jan Paweł II. Nie rozumiałam, dlaczego tak wielu ludzi, zwłaszcza młodych, martwiło się faktem, że papież może umrzeć. Osobiście, ze względu na moja niewiarę, miałam do niego stosunek bardzo obojętny. Nie interesowałam się nim, niewiele o nim wiedziałam.

Postrzegałam papieża jako lidera kościoła, w dodatku tradycjonalistę, konserwatystę. Uważałam, że zmarnował swoje życie. Nie mogłam pojąć, dlaczego tylu młodych ludzi żyło wiarą, modliło się się i wyrażało tak wielką miłość do Jana Pawła II. Sama odnosiłam się do każdego, zwłaszcza do młodych ludzi, który rozpaczali z powodu jego choroby, cynicznie – wyśmiewałam każdego, kto modlił się się za papieża i okazywał mu miłość. Jednak gdy usłyszałam w brytyjskiej telewizji, ze papież umarł, coś mnie sparaliżowało. Byłam zszokowana.

Do dziś nie rozumiem, dlaczego. Niespodziewanie odczułam, że zdarzyło się coś dla mnie naprawdę ważnego. Moje serce zostało dotknięte. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego śmierć tego starszego człowieka, który przecież umierał przez ostatnie kilka dni, spowodowała we mnie taka reakcje. Im więcej oglądałam w telewizji wiadomości o Janie Pawle II, tym bardziej zaczynał mnie interesować ten charyzmatyczny człowiek. Miał wszystkie cechy osobowości, których nie mogłam znaleźć w ludziach dookoła. Był łagodny, silny, współczujący, uprzejmy, i pełen miłości. Miał w oczach światło, radość − wszystko to, czego szukałam, ale myślałam, ze posiadanie tego jest niemożliwe. W tamtym czasie nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale zobaczyłam w Nim odbicie Chrystusa.

To nie słowa o Jezusie, które wypowiadał, przemieniły mnie, ale bijąca od niego miłość. Dotknęła ona także mnie. Był narzędziem Bożej miłości. Coś się we mnie zmieniło. Nadzieja wkroczyła do mojego serca. Z napięciem obserwowałam w telewizji pogrzeb papieża Z trudem powstrzymywałam łzy. Słuchałam każdego słowa homilii ks. Kardynała Józefa Ratzingera. Zaczął słowami: Pójdźcie za mną, jakby zwracał sie do mnie osobiście. Najbardziej zapamiętałam zdanie: Możemy być pewni, że nasz ukochany papież stoi w oknie Domu Ojca, widzi nas i nam błogosławi. Moje serce zadrżało, jakby sam Bóg przeszył je strzała. Byłam w Jego posiadaniu. Chwyciłam różaniec i szlochając, całowałam wizerunek Jezusa. Zrozumiałam wtedy, ze tak naprawdę zawsze za Nim tęskniłam, szukałam i kochałam Go. Oto ja, cyniczna ateistka, całowałam krzyż z miłością, rozpaczałam z powodu śmierci papieża, któremu nigdy dotąd nie poświęcałam uwagi.

„Lisa, wróciłaś do domu”

To, co wydarzyło się się w moim życiu można wytłumaczyć tylko w świetle Bożego Miłosierdzia. Po kilku latach przerwy poszłam do spowiedzi. Cały czas płakałam. Zastanawiałam się, jak mogłam odrzucić Chrystusa. Ksiądz spowiednik powiedział, ze otrzymałam wielką łaskę. Ogromny ciężar spadł z moich ramion. Stałam w kościele oszołomiona, patrzyłam na tabernakulum, a głos w sercu mówił: Lisa, wróciłaś do domu… Następnego dnia udałam się na Mszę Świętą, pierwszy raz po wielu latach. Czytana Ewangelia mówiła o Dobrym Pasterzu szukającym zaginionej owcy. Czułam radość, zniknęła ciemność, czułam się otoczona światłem. Przez następne miesiące byłam jak dziecko uczące się chodzić, doznawałam wiele pocieszenia, Jezus stawał się dla mnie bardzo rzeczywisty. Chciałam dzielić się swymi przeżyciami z innymi. Poczułam się bardzo blisko ojca świętego Jana Pawła. To przez niego zadziałał Bóg i dzięki niemu otworzyłam się na działanie łaski. Patrzę na papieża jak na mego ojca duchowego.

Wiem, ze moim obowiązkiem jest mówić o Miłosierdziu Bożym, o tym , jak wielka miłością do ludzi płonie Bóg. Przypominam sobie, ze Papież zmarł w wigilię Święta Miłosierdzia Bożego. W swoim przesłaniu do świata papież Jan Paweł II powiedział: dla ludzkości, która czasem wydaje się być zagubiona i zdominowana przez siły zła, egoizmu, strachu, Pan ofiarował jako dar swoją przebaczającą miłość, która wprowadza pojednanie i daje ducha mądrości. To miłość przemienia serca i przynosi pokój. Konieczna jest ta świadomość: świat musi przyjąć Miłosierdzie Boże. O Panie, który przez swą śmierć i Zmartwychwstanie objawiasz miłość Ojca, wierzymy w Ciebie, i z ufnością powtarzamy dzisiaj: „Jezu ufam Tobie, miej Miłosierdzie dla nas  i całego świata”.


Lisa Burns z Manchester
w Wielkiej Brytanii

źródło: www.kjb24.pl

środa, 10 kwietnia 2013

Odpowiedź na najważniejsze pytania


Jan Paweł II podkreśla, że „ostatecznej odpowiedzi na każde pytanie człowieka, zwłaszcza na jego pytania religijne i moralne, udziela jedynie Jezus Chrystus. Więcej: sam Jezus Chrystus jest odpowiedzią” (Veritatis splendor, 2).


Odpowiedź na najbardziej dramatyczne pytania o sens życia, cierpienia i śmierci można znaleźć tylko przez przylgnięcie z wiarą do osoby Jezusa Chrystusa, który jest „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1, 15), „odblaskiem Jego chwały” (Hbr 1, 3), „drogą i prawdą, i życiem” (J 14, 6). Jan Paweł II podkreśla, że „ostatecznej odpowiedzi na każde pytanie człowieka, zwłaszcza na jego pytania religijne i moralne, udziela jedynie Jezus Chrystus. Więcej: sam Jezus Chrystus jest odpowiedzią” (Veritatis splendor, 2). Stając się prawdziwym człowiekiem, Bóg objawił ludzkości całą prawdę o sobie oraz o sensie życia i powołania każdego człowieka: „Tajemnica człowieka wyjaśnia się naprawdę dopiero w tajemnicy Słowa Wcielonego” (Gaudium et spes, 22); „Poza tą perspektywą tajemnica osobowego istnienia pozostaje nierozwiązywalną zagadką. Gdzież indziej człowiek mógłby szukać odpowiedzi na dramatyczne pytania, jakie stawia sobie w obliczu bólu, cierpienia niewinnych i śmierci, jeśli nie w świetle promieniującym z tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa?” (Fides et ratio, 12).

Skoro Jezus Chrystus objawił całą prawdę o Bogu i o sensie ludzkiego życia, sprawą pierwszorzędnej wagi jest jej poznawanie przez systematyczną lekturę Pisma św., Katechizmu Kościoła Katolickiego, przyswajanie nauki Kościoła, a przede wszystkim przez nawiązanie osobistej relacji z Jezusem Chrystusem w wytrwałej, codziennej modlitwie i w sakramentach oraz przez życie zgodne z zasadami moralnymi i Ewangelią.
„Bogu objawiającemu należy okazać posłuszeństwo wiary” (Dei verbum, 5). Ten akt wiary, zawierzenia siebie objawiającemu się Bogu jest momentem decydującym o wiecznym szczęściu człowieka, o jego zbawieniu: „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście (…). Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie” (Pwt 30, 5. 19-20). Człowiek ma wolność wyboru i może Boga odrzucić – ale wtedy dokonuje się w jego życiu największy duchowy dramat zniewolenia przez grzech, złe duchy i śmierć. Prorok Jeremiasz w następujących słowach wyraził tragedię odrzucenia Boga przez człowieka: „Niebo, niechaj cię na to ogarnie osłupienie, groza i wielkie drżenie! (…) Bo podwójne zło popełnił mój naród: opuścili Mnie, źródło żywej wody, żeby wykopać sobie cysterny, cysterny popękane, które nie utrzymują wody” (Jr 2, 12-13).
Decyzja wiary w Boga, zawierzenie siebie Bogu angażuje całą osobę i jest aktem, poprzez który człowiek osiąga wolność i niezniszczalne szczęście. Jan Paweł II podkreśla, że wolność „nie tylko towarzyszy wierze – jest jej nieodzownym warunkiem. Więcej, to właśnie wiara pozwala każdemu jak najlepiej wyrazić swoją wolność. Innymi słowy, wolność nie wyraża się w dokonywaniu wyborów przeciw Bogu. Czyż można bowiem uznać, że autentycznym przejawem wolności jest odmowa przyjęcia tego, co pozwala na realizację samego siebie? Akt wiary jest najdonioślejszym wyborem w życiu człowieka; to w nim bowiem wolność dochodzi do pewności prawdy i postanawia w niej żyć” (Fides et ratio, 13).
Autentyczne życie wiarą wyraża się w codziennym zawierzaniu całego swojego życia Chrystusowi w wytrwałej modlitwie oraz w sakramentach pokuty i Eucharystii. Życie wiarą jest także związane z trudem podporządkowywania całego swojego postępowania przykazaniom Dekalogu, Ewangelii i zasadom moralnym. Tylko przez takie życie otwiera się przed człowiekiem droga zbawienia. Pan Bóg mówi nam, że Jego miłość „nie wejdzie w duszę przewrotną, nie zamieszka w ciele zaprzedanym grzechowi” (Mdr 1, 4). Bóg jednak nie pozostawia grzeszników samym sobie. Nieustannie apeluje do nich, wzywa ich do nawrócenia, do przyjęcia daru Bożego miłosierdzia.
Przebaczenie, wyzwolenie z niewoli największych grzechów staje się możliwe tylko mocą Jezusa Chrystusa. Trzeba z całkowitą, dziecięcą ufnością przyjść do Jezusa obecnego w sakramencie pokuty i wyznać Mu wszystkie swoje grzechy. Taka jest istota orędzia miłosierdzia Bożego. Zmartwychwstały Jezus przypomina nam, że jest On „miłością i miłosierdziem samym” (Dz. 1024). Zachęca: „Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jak szkarłat” (Dz. 699); „Większe jest miłosierdzie moje aniżeli nędze twoje i świata całego. (...) Dla ciebie pozwoliłem otworzyć włócznią najświętsze serce swoje i otworzyłem ci źródło miłosierdzia; przychodź i czerp łaski z tego źródła naczyniem ufności. Uniżonego serca nigdy nie odrzucę” (Dz. 1485); „Otworzyłem swe serce jako żywe źródło miłosierdzia, niech z niego czerpią wszystkie dusze życie, niech się zbliżą do tego morza miłosierdzia z wielką ufnością” (Dz. 1520); „Łaski z mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a jest nim ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma” (Dz. 1578). Prawdę o nieskończonym Bożym miłosierdziu trzeba z radością przyjąć, żyć nią na co dzień i głosić wszystkim ludziom.





sobota, 6 kwietnia 2013

Jan Paweł II - Rodowód - Dom przy Kościelnej


KAROL WOJTYŁA, późniejszy Jan Paweł II, urodził się we wtorek 18 maja 1920 roku w Wadowicach. Majowe dni były wtedy bardzo pogodne. Ten dzień zapewne również jaśniał od wiosennego słońca. Nie miał to być zwykły dzień. Wielu ludziom wydawało się wówczas, iż zapisze się on wręcz złotymi zgłoskami w historii. Oczywiście, zapisze nie dlatego, że w małej mieścinie na południu Polski przyszedł na świat jakiś chłopiec.
Ów wtorek 18 maja był dniem wielkiego triumfu Józefa Piłsudskiego. Tego dnia, w godzinach popołudniowych, Warszawa powitała marszałka jako zdobywcę Kijowa, bo właśnie specjalnym pociągiem, ozdobionym zielenią i kwiatami, wrócił z Ukrainy, gdzie toczył dziwną, szaloną i zgoła dziś już nieprawdopodobną, a jednak rzeczywistą, wojnę z Rosją radziecką. Walki były zacięte. Kijów został wzięty przez "białych panów polskich" 7 maja. W parę dni później na Kreszczatiku odbyła się okazała, trzygodzinna defilada, którą przyjmował świeżo awansowany jenerał-porucznik - tak brzmiał wówczas jego stopień - Śmigły-Rydz. Wśród kwitnących kasztanów ładnie błyskały szable kawaleryjskie i maszerowali równo piechurzy w pełnym frontowym rynsztunku, a szeroki trakt pozwolił również na pokaz armat i samochodów pancernych. Zielone kopuły Kijowa znalazły się w rękach polskich! Wiwatowano i cieszono się. Radość sprawiał nawet wielbłąd, który w starciu z oddziałami turkiestańskimi został zdobyty przez ułanów jazłowieckich. Co prawda czerwonoarmiści wciąż sterczeli nad Dnieprem. Z wypuszczonego na niebo, malowniczego balonu można było śledzić niezbyt pocieszające przegrupowania. Mało kto jednak tym się przejmował, gdy biły werble na paradzie kijowskiej, a jeszcze mniej prawda o trudnym położeniu docierała do Warszawy.
[...]
W Belwederze, tak jak na dworcu, dokonano prezentacji broni i odegrano hymn.
[...]
Posłowie przerwali obrady, a marszałek sejmu Trampczyńnki ruszył naprzód z patetyczną oracją.
"Sejm cały - powiedział - przez usta moje wita Cię, Wodzu Naczelny, wracający ze szlaku Bolesława Chrobrego. Od czasów Chocimia naród polski takiego triumfu oręża polskiego nie przeżywał, ale nie triumf nad pogrążonym wrogiem, nie pycha narodowa rozpiera nasze serca. Historia nie widziała jeszcze kraju, który by w tak trudnych warunkach jak nasze tworzył polską państwowość ..."
Marszałek Trampczyński nie dodał, iż historia rzadko oglądała też kraje, które by w takich warunkach, licząc chyba tylko na jej zmiłowanie, wyprawiały się po sukcesy militarne. Tenże sejm, gdy Warszawa stawiała bramy triumfalne, zastanawiał się, jak poprawić zaopatrzenie ludności w sól i przeciwdziałać ubiegłorocznej "klęsce kartoflanej", która doskwierała na przednówku. Brakowało wszystkiego. Na tak zwane kupony były wydzielane chleb, mięso, cukier i nafta. Towarzystwo Ochrony Dzieci i Młodzieży ogłosiło apel: "Ratujmy dzieci!", zwracając się do społeczeństwa z prośbą o datki pieniężne na pomoc dla najmłodszych. Dla najmłodszych - do lat sześciu - dopiero w końcu czerwca można było wydać po trzysta gramów białego cukru za dwa zaległe miesiące, pod warunkiem przedstawienia przy zakupie kuponów z numerami 86 i 87 oraz metryki urodzenia dziecka. Prawdopodobnie skorzystała z tego chętnie matka nowo narodzonego chłopca z Wadowic; można nawet przypuścić, iż dzięki niemu mogła się napić herbaty z cukrem. Ale i tak nie zmienia to faktu, że przyszedł on na świat w bardzo ciężkim okresie.
Do kłopotów aprowizacyjnych dołączyły się wkrótce niepowodzenia frontowe, strajki robotnicze, "gwałty czeskie" - jak to nazywała prasa - w okolicach Karwiny, podobne "gwałty" ze strony Niemców na Górnym Śląsku, a wreszcie epidemia tyfusu. W połowie czerwca trzeba było ustąpić z wyludnionego i zniszczonego Kijowa. [...]
Jednakże wojna 1920 roku, choć miała jeszcze potem kilka błyskotliwych epizodów polskich, nie przyniosła sukcesu biednemu i zmęczonemu krajowi. Pozbawiła go natomiast niektórych zbyt zuchwałych złudzeń o własnej sile.

Zajrzyjmy teraz do Wadowic, gdzie urodził się i wychowywał przyszły papież [...]



Wadowice to ciche i schludne miasteczko nad rzeką Skawą, wijącą się u podnóża lesistych pasm Beskidu Małego. Zostało założone jeszcze w czasach piastowskich (1329), lecz nigdy nie wyrosło z ram statecznej prowincjonalności i podbeskidzkiego folkloru, który w dwudziestoleciu międzywojennym zasłynął lipowymi świątkami miejscowego chłopa-samouka, Jędrzeja Wowry. Oddalone od Krakowa o pięćdziesiąt kilometrów w kierunku południowo-zachodnim, miasteczko to liczy obecnie około piętnastu tysięcy mieszkańców, czyli dwa razy więcej niż przed 1939 rokiem. Zawsze była to miejscowość mała i niepozorna.
[...]
Przenieśmy się (...) na rynek wadowicki. Góruje nad nim piękny barokowy kościół parafialny. [...]
Kościół jest pod wezwaniem Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Ale szczególniejszej czci doznaje w nim Matka Boska Nieustającej Pomocy, której bizantyjskie oblicze wyłania się  ze złocistego ołtarza znajdującego się w kaplicy tuż przy kruchcie. Santa Maria de Perpetuo Succurso - jak głosi napis - zdaje się być opiekunką Wadowic, o czym świadczą liczne zawieszone wota. [...]


W niedzielę 20 czerwca 1920 roku, a więc w miesiąc po narodzinach, został on (Karol Wojtyła) tutaj ochrzczony. Nigdy nie zapomniał o tej starej chrzcielnicy ze złotą pokrywą; prócz sakralnej, złączyła go z nią najwyższa więź osobista.
"Kiedy patrzę wstecz - powiedział tutaj jako papież-pielgrzym - widzę, jak droga mojego życia poprzez środowisko tutejsze, poprzez parafię, poprzez moją rodzinę, prowadzi mnie do jednego miejsca, do chrzcielnicy w wadowickim kościele parafialnym. Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego Synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła, w dniu 20 czerwca 1920 roku. Chrzcielnicę tę już raz uroczyście ucałowałem w roku Tysiąclecia Chrztu Polski jako ówczesny arcybiskup krakowski. Potem uczyniłem to po raz drugi [...] na pięćdziesiątą rocznicę mojego chrztu, jako kardynał, a dzisiaj po raz trzeci ucałowałem tę chrzcielnicę, przybywając z Rzymu jako Następca świętego Piotra ..."
W Liber natorum parafii wadowickiej odnotowano pod pozycją 671 na stronie 549 czwartego tomu z 1920 roku, że dziecko ochrzcił ksiądz Franciszek Żak, kapelan wojskowy, rodzicami chrzestnymi zaś byli kupiec Józef Kuczmierczyk i Maria Wiadrowska (jej nazwisko odnotowano wtedy błędnie jako Wiatrowska). [...] Przyszły papież otrzymał imiona: Karol i Józef. Był młodszym synem Karola i Emilii z domu Kaczorowskiej Wojtyłów.
[...]
Państwo Wojtyłowie mieszkali o krok od wadowickiej świątyni, w domu przy ulicy Kościelnej 7, figurującym wtedy wszędzie jako Rynek 2. Była to własność Żyda Chaima Bałamutha. Posiadał on tutaj, na parterze, sklep ze szkłami i kryształami, a w ogóle był zamożnym kupcem handlującym nawet motocyklami. Ze wzruszeniem wchodzimy do tej małej, jednopiętrowej kamieniczki. Obecnie mieści się w niej muzeum poświęcone Janowi Pawłowi II. Wąziutka brama prowadzi na smutne, ciasne podwórko, otoczone skrzydłami budynku. Niechaj nie zmylą nas granitowe płyty, które pokrywają ten dziedzińczyk, wyraźnie nie reprezentacyjny i jakby stworzony tylko po to, by mógł służyć do rozwieszania sznurów z bielizną. Kiedyś nie było tu tak okazale. Nie było ani tego granitu, ani powleczonych lakierem, dębowych progów, drzwi czy okien. Schody, a potem galeryjka z żelazną balustradą, wiodącą do kilku niewielkich pomieszczeń na piętrze, gdzie mieści się muzeum. Ale wówczas tylko dwa pierwsze pokoje z lewej strony i przylegającą do nich kuchnię, do której wchodziło się wprost z galeryjki, zajmowała rodzina Wojtyłów. W mniejszym pokoju, znajdującym się obok kuchni, urodził się mały Karol. Wyblakłe portrety fotograficzne, jakaś sczerniała od starości etażerka, kilka talerzy, serwetki z kwiatuszkami wyszywane przez matkę. To prawie wszystko, co pozostało z lat, gdy Wojtyłowie mieszkali w tej czynszówce, mając przed oknami szarą ścianę kościelną, na której obok zegara słonecznego widnieje dotąd maksyma: "Czas ucieka - wieczność czeka". [...]
Nie wiadomo dokładnie, kiedy rodzice przyszłego papieża tutaj zamieszkali. Oboje nie pochodzili z Wadowic. Karol Wojtyła, ojciec, urodził się 18 lipca 1879 roku w podgórskiej wsi Lipnik, odległej o dwadzieścia kilometrów od Wadowic i leżącej tuż pod Bielskiem. [...]
W 1906 roku poślubił Emilię Kaczorowską [...] Panna urodziła się 26 marca 1884 roku w Białej, a zatem niedaleko od Lipnika. Jej ojciec, Feliks,był rymarzem w Krakowie, wyspecjalizowanym w obijaniu powozów, a matka, Maria z domu Scholz - córką szewca w tym samym mieście. Wedle niektórych danych, państwo Wojtyłowie, wziąwszy ślub w Krakowie - prawdopodobnie w parafii wojskowej (jej akta zaginęły) - mieszkali na ulicy Felicjanek. Następnie przenieśli się na Mazowiecką, a wreszcie przybyli do Wadowic, co stać się miało dopiero około 1919 roku. Nie jest to wszystko jednak pewne. Istnieją również dane, że pan Wojtyła do Wadowic został przeniesiony już w 1904 roku i że tam właśnie uzyskał awans na podoficera. [...]


Rodzice Jana Pawła II wiedli ciche, uładzone życie. Dom był bardzo religijny. Czytało się w nim Pismo Święte, co wówczas rzadko się zdarzało w rodzinach katolickich. Nie brakowało innych budujących lektur. Pacierz, różaniec, posty, woda święcona przy drzwiach czy święte obrazki na ścianach nie dziwiły tutaj nikogo, stanowiąc o ciepłych, krzepiących rytmach codzienności. Państwu Wojtyłom urodziło się troje dzieci. Córka Olga (drugie z kolei dziecko) zmarła zaraz po urodzeniu, natomiast dwaj synowie cieszyli się zdrowiem, a przy tym nie brakowało im ambicji i zdolności.
Pierworodny Edmund uczęszczał z powodzeniem do gimnazjum wadowickiego, po czym studiował medycynę w Krakowie; kiedyś nagrodzono go oklaskami, gdy zdawał publicznie jeden z egzaminów. Młodszy odeń o czternaści lat Karol Józef, czyli przyszły papież, chodził do przedszkola sióstr nazaretanek znajdującego się przy ulicy Sienkiewicza, a potem do szkoły ludowej, która mieściła się w magistracie. Także go chwalono i to chyba niemało, skoro pani Wojtyłowa podobno, że Loluś będzie wielkim człowiekiem. Ale czy tak było rzeczywiście? Ileż zresztą matek popisuje się tego rodzaju oświadczeniami! Jakkolwiek się jednak działo, gdy pani Wojtyłowa rozprawiała z sąsiadkami o młodszym synku (często czyniła to przy studni w sąsiedzkim ogrodzie), ta ładna, elegancka, lecz chorowita, a z czasem częściowo sparaliżowana kobieta, musiała wiele nadziei pokładać w swych utalentowanych chłopcach. Zapewne też ona, osoba z ogładą i niewielkim wykształceniem, zdobytymi u zakonnic w Krakowie, tworzyła atmosferę domu na Kościelnej. Atmosferę zwykłą, nie wolną od kłopotów dnia codziennego, lecz pełną rodzinnego ciepła, miłości i spokoju. [...]


z książki: Jan Paweł II Rodowód
autor: Józef Szczypka
Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1991

czwartek, 4 kwietnia 2013

JAN PAWEŁ II o Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej



W książce Antoniego Socci „Tajemnice Jana Pawła II”, str. 163, czytamy: Ks. Kardynał Karol Wojtyła jako Metropolita Krakowski w trakcie pobytu w Stanach Zjednoczonych 9 listopada 1976 roku: ”Stoimy w obliczu największej w historii konfrontacji, z jaką ludzkość miała kiedykolwiek do czynienia. Nie sądzę, aby szerokie koła społeczności chrześcijańskiej zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy teraz w obliczu ostatecznej konfrontacji między kościołem a antykościołem, ewangelią a antyewangelią. Ta konfrontacja została wpisana w plany Bożej opaczności. Jest to czas próby, w który musi wejść cały Kościół, a polski Kościół w szczególności.”

W listopadzie 1980 roku, w czasie podróży do Niemiec, Jan Paweł II, spotkał się z grupą wiernych i dziennikarzy, którzy zapytali go o treść Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej. Wypowiedź Papieża ukazała się potem w gazecie „Stimme des Glaubens” ( nr10 z 1981 r. ):” - Co zawiera tajemnica fatimska, i dlaczego nie została opublikowana zgodnie z obietnicą już w 1960 r?

Papież: -”Z uwagi na treść robiąca wielkie wrażenie… . Ponadto każdemu chrześcijaninowi powinno wystarczyć taka wiedza: jeśli się czyta, że oceany zatopią cale kontynenty, że ludzie nagle zostaną pozbawieni życia, z minuty na minutę, i to milionami… .Kiedy się to wie, nie należy domagać się publikacji tej tajemnicy. Wielu chce wiedzieć tylko z ciekawości lub żądzy sensacji, zapominając, że wiedza niesie ze sobą także odpowiedzialność. To bardzo niebezpieczne kiedy się nic nie czyni, mówiąc, to i tak na nic… . „ W tym miejscu Papież wziął do reki różaniec i powiedział: ”- Oto lekarstwo na zło! Módlcie się, módlcie się, i o nic więcej nie pytajcie. O całą resztę zwróćcie się do Maryi.”. - A co się stanie z Kościołem? „Musimy być dobrze przygotowani, na bliskie już wielkie próby, włącznie z poświęceniem własnego życia, i z naszym całkowitym oddaniem Chrystusowi i dla Chrystusa. Próby będą mogły być mniej dotkliwe na skutek naszych modlitw, ale nie można ich uniknąć, gdyż prawdziwa odnowa Kościoła, będzie mogła nastąpić tylko w taki sposób. Tak jak wiele razy Kościół odradzał się z krwi, tak i tym razem nie będzie inaczej. Odmawiajmy dużo i często święty różaniec.” Odmawiajcie codziennie różaniec…


duchprawdy.com

Kto uratował Jana Pawła II?



To, co Jan Paweł II lubił podsumowywać w zdaniu: „Czyjaś ręka strzelała, inna ręka prowadziła kulę”, znalazło potwierdzenie w obiektywnej, naukowej analizie lekarskiej: „zauważyłem coś niewiarygodnego” – przyznał szef kliniki Gemelli w Rzymie, profesor Crucitti. – Kula zdawała się biec zygzakiem przez Żołądek, omijając witalne organy. Ominęła również aortę. Gdyby ją przebiła, Ojciec Święty wykrwawiłby się przed dotarciem do szpitala. Ominęła też kręgosłup. Wyglądało to tak, jakby kula była przez kogoś prowadzona w taki sposób, by nie spowodowała nieodwracalnych zniszczeń".

Czy uda się wyjaśnić do końca wszelkie sekrety związane z zamachem na życie Jana Pawła II sprzed 27 lat? Większość wysiłków podejmowanych do tej pory obierało jako kierunek poszukiwań pytanie o mocodawców i o polityczne kulisy spisku przeciwko papieżowi. Zastanawiano się też przy okazji, jaki związek mogło łączyć usiłowanie zabicia Ojca Świętego z tzw. trzecią tajemnicą fatimską i obietnicą duchowego odrodzenia się Rosji. Koncentrowanie się na szczegółach okoliczności towarzyszących cierpieniu i cudownemu uratowaniu wielkiego papieża stanowi element podsumowania jego życia, zwłaszcza zaś uważnego odczytania znaków jego świętości. Właśnie niedawno udało się odsłonić nowy interesujący szczegół.


Inna ręka


Któż zdoła odgadnąć, jakim cudem, owego 13 maja 1981 roku, dwudziestotrzyletni „szary wilk", zawodowy killer, profesjonalny morderca, Mehmet Ali Agca nie zdołał zamordować papieża Jana Pawła II? Wszak od miejsca w drugim rzędzie, które zajmował, do przejeżdżającej odkrytym samochodem ofiary dzieliły go zaledwie trzy metry. Bezbronny i odsłonięty papież nie miał żadnych szans na uniknięcie tego, co zamierzał uczynić wynajęty egzekutor. Dlaczego więc zabójca chybił? I to w sytuacji, gdy wyeliminowanie popularnego papieża miało 99,99 procent szans powodzenia. Gdyby wówczas powiodła się próba przerwania owego wielkiego pontyfikatu, inaczej wyglądałby dzisiejszy świat, inne też oblicze miałby współczesny Kościół.


Wiemy, że Jan Paweł II swe ocalenie zawsze przypisywał nadprzyrodzonej interwencji Najświętszej Dziewicy. W rok po zamachu, podczas odwiedzin sanktuarium w Fatimie, powiedział: Widziałem we wszystkim, co mi się przydarzyło, nadzwyczajną macierzyńską opiekę Maryi. Dwanaście lat później wyznał włoskim biskupom: To pewna matczyna ręka poprowadziła trasę kuli, tak, iż umierający papież zatrzymał się na progu śmierci. Śmiertelna kula się zatrzymała, papież zaś żyje. Żyje, aby służyć. To, co Jan Paweł II lubił podsumowywać w zdaniu: Czyjaś ręka strzelała, inna ręka prowadziła kule, znalazło potwierdzenie w obiektywnej, naukowej analizie lekarskiej: Zauważyłem coś niewiarygodnego – przyznał szef kliniki Gemelli w Rzymie, profesor Crucitti. - Kula zdawała się biec zygzakiem przez żołądek, omijając witalne organy. Ominęła również aortę. Gdyby ją przebiła, Ojciec Święty wykrwawiłby się przed dotarciem do szpitala. Ominęła też kręgosłup. Wyglądało to tak, jakby kula była przez kogoś prowadzona w taki sposób, by nie spowodowała nieodwracalnych zniszczeń.


Trudno uwierzyć, jakim cudem tak sprawny i zdeterminowany zabójca, jakim był Mehmet Ali Agca, nie osiągnął swego celu. I to po dwóch strzałach z bliska. Trudno uwierzyć, zwłaszcza, że owa „inna ręka", która prowadziła kulę, w sposób fizyczny - jak się okazuje - w najistotniejszym momencie złapała zawodowego mordercę za ramię, uniemożliwiając oddanie trzeciego, decydującego strzału.

Należy udać się drogą w okolice Asyżu, minąć bazylikę Matki Bożej od Aniołów ze słynną kaplicą Porcjunkuli, pozostawić z boku Rivotorto, a w nim mały kościółek wybudowany na gruzach stajni, w której św. Franciszek wraz z pierwszymi współbraćmi spędził kilka miesięcy życia. Potem należy minąć Spello, gdzie założył swą pustelnię Carlo Caretto, dojechać do Trevi, po czym odbić w kierunku Montefalco. Tam wśród pól znajduje się sanktuarium Matki Bożej Gwiezdnej, w którym żyje ojciec Franco D'Anastasio, biblista, wieloletni rektor sanktuarium św. Gabriela od Matki Bożej Bolesnej. Ów sędziwy pasjonista przewertował stosy dokumentów i świadectw na temat pewnej, nieznanej nikomu zakonnicy ze zgromadzenia sióstr augustianek, siostry Rity od Ducha Świętego. Cristina Montella - bo tak nazywała się, zanim przekroczyła mury klasztoru – była jedną z najwierniejszych córek duchowych najpopularniejszego świętego XX wieku, ojca Pio z Pietrelciny, słynnego stygmatyka. Wraz z nim współdziałała w trudzie modlitwy oraz tzw. „działalności naprawczej" stanowiącej formę duchowej walki o ocalenie innych. Przede wszystkim zaś dzieliła wraz z o. Pio dar bilokacji, czyli jednoczesnego przebywania w dwóch różnych miejscach. Historia chrześcijaństwa zna wielu świętych obdarzonych przez Boga tym nadzwyczajnym charyzmatem: św. Katarzynę Ricci, św. Alfonsa Marię Liguoriego, św. Antoniego z Padwy, św. Józefa z Copertino, św. Filipa Neri, bł. Marię z Agredy i innych.

Siostrę Ritę sędziwy ojciec D'Anastasio poznał osobiście. Jego szczególne zainteresowanie tą mniszką, rówieśniczką Karola Wojtyły, uzasadnia pewna odbyta z nią rozmowa. Otóż zaraz po zdarzeniach z 1981 roku powierzyła mu ona pewien sekret, prosząc jednocześnie o zachowanie dyskrecji przynajmniej do czasu jej śmierci. Sekret dotyczył jej daru bilokacji oraz faktu, iż dzięki temu darowi mogła być obecna tamtego dnia na placu św. Piotra w Rzymie. Wspólnie z Maryją udaremniłam cios papieskiego zamachowca - zwierzyła się. Również przy innej okazji, podczas rozmowy o zamachu na papieża ze swą przyjaciółką Gabriellą Panzani, „wymsknie się" siostrze Ricie stwierdzenie: Ileż musiałam się natrudzić, by nie stało się coś gorszego. Byłyby to z całą pewnością słowa zasługujące na dobrotliwe zignorowanie, gdyby nie świadectwo życia siostry Rity Montella oraz liczne oznaki jej charyzmatu bilokacji, dzięki któremu zdołała przyjść z pomocą wielu osobom, znajdującym się w skrajnej potrzebie. Liczba świadectw dotyczących działalności siostry Rity przekracza granice czysto ludzkich możliwości. Zagadka jej skuteczności potwierdzona została zresztą przez samego ojca Pio. Tkwiła w „tajemnicy cierpienia zastępczego", dobrowolnie przyjmowanej ofiary życia za innych. Jest to władza nadzwyczajna, o której istnieniu przekonują się święte osoby: siłą modlitwy i akceptowanego bólu można wydrzeć Niebu wiele łask dla ludzi. Ojciec Pio powtarzał, że jedyną rzeczą, której bezdennie zazdroszczą ludziom aniołowie, jest cierpienie i ofiara, ów najmocniejszy sposób, by wyznać Bogu: „kocham Cię, naprawdę".


Złapała mnie za prawe ramię


Na czym polegał udział siostry Rity w uratowaniu Jana Pawła II? Podczas drugiego śledztwa w sprawie zamachu na Placu św. Piotra, przesłuchiwany przez sędziego Ilario Marcellę, Ali Agca powiedział: Było moim zdecydowanym zamiarem zabicie papieża. Zgodnie z zadaniem, jakie mi zlecono. Tyle tylko, że zdołałem wystrzelić jedynie dwa razy, bo obok mnie znalazła się pewna zakonnica, która naraz złapała mnie za prawe ramię i nie mogłem już więcej oddać strzału. Winnym wypadku zabiłbym papieża.


Epizod ten, czyli obecność zakonnicy, która powstrzymała zamachowca, umknął powszechnej uwadze. Co prawda, od razu rozeszła się pogłoska, że jakaś siostra przeszkodziła Ali Agcy w strzelaniu. Dla przykładu, Adriano Sofri pisał: „Owego popołudnia, w dniu zamachu, mówiło się na placu, że jakaś siostra rzuciła się na Ali Agcę, podbiła mu ramię, by odwrócić strzał". Niemniej wnet wszyscy zgodnie zinterpretowali wiadomość, że chodziło o ową zakonnicę, która zatrzymała zamachowca, gdy uciekał. Była to zresztą w całej sprawie jedyna siostra rozpoznana przez policję, potem również składająca zeznania na procesie. Tamta zaś, która podbiła ramię zabójcy, znikła z placu, nikt jej nie zarejestrował. Wyparowała.


Ktoś może kręcić nosem: same tajemnice! Cóż poradzić, mistycy zawsze wywracają nasze pojęcia i pewniki, otwierają przed nami nowe wymiary. Za każdym razem pomagają też nam stwierdzić, jak niedaleko sięga nasz wzrok.


A co z tą drugą, wspomnianą siostrą? Nazywa się Łucja Giudici, w zakonie siostra Letizia, żyje w klasztorze w Genui i nie godzi się na żadne rozmowy z dziennikarzami. 10 stycznia 2006 roku napisała do lokalnego czasopisma „L'eco di Bergamo" swe świadectwo o przebiegu zamachu: „To prawda, że mnie przypadło zatrzymać Ali Agcę, który starał się zbiec z Placu po wystrzeleniu do Ojca Świętego. Na próżno wówczas czekałam, że ktoś zagrodzi mu drogę. Wszyscy pielgrzymi i turyści w tej chwili byli poruszeni i zajęci przyglądaniem się śmiertelnie rannemu papieżowi, którego odwożono do kliniki Gemelli. Wszystko przebiegało w mgnieniu oka, ja zaś odruchowo szukałam sposobności, by go ująć i przytrzymać, zanim przyjdzie policja". Siostra Łucja nie twierdzi zatem, że była przy zamachowcu, ani tym bardziej, że złapała go za rękę. Opowiada natomiast o tym, co działo się już po zamachu, gdy sprawca usiłował uciekać.


Włoski dziennikarz Antonio Socci, który spróbował zbadać związek zamachu na Karola Wojtyłę z postacią ojca Pio, postanowił na potrzeby swej ostatniej książki Tajemnice ojca Pio odnaleźć opisywaną przez prasę zakonnicę. Udało mu się dotrzeć do siostry Łucji podczas jej ubiegłorocznych wakacji w rodzinnym Bergamo. Wówczas kobieta wyjaśniła mu, iż tamtego dnia zamachowiec znajdował się w tłumie około 10 metrów przed nią. Gdy oddał dwa strzały w kierunku papieża, odwrócił się i zaczął uciekać w stronę kolumnady Berniniego, to jest w jej stronę. Nikt go nie zatrzymywał, toteż Łucja rozłożyła ręce, by zagrodzić mu drogę. Agca wycelował w nią pistolet, lecz chcąc cofnąć się do tyłu, stracił równowagę i w tym momencie zakonnica rzuciła się na niego, umożliwiając aresztowanie bandyty. Była zatem daleko od Ali Agcy, gdy tamten oddawał strzały. To nie ona chwyciła go za rękę. A zatem, jeśli to nie była siostra Łucja, kim była owa mniszka u boku mordercy, nigdy nierozpoznana przez policję?


To nie moja inicjatywa


Ojciec Franco D'Anastasio po śmierci bohaterskiej zakonnicy, obdarzonej darem bilokacji, nie czuje się już związany obowiązkiem tajemnicy. W 25. rocznicę zamachu wysłał list do kardynała Stanisława Dziwisza do Krakowa zawierający świadectwo siostry Rity wraz z notarialnym potwierdzeniem prawdziwości powierzonych mu słów. Kardynał poprosił o przesłanie całej dokumentacji do biura postulatom procesu beatyfikacyjnego Sługi Bożego Jana Pawła II. Według ojca Franco wśród innych sekretów powierzonych mu przez siostrę Ritę znalazły się i takie: zamachowiec nic nie powie; kule, które zraniły papieża, były zatrute; płatny morderca był owego popołudnia na Placu św. Piotra wraz z dwoma innymi, którzy jednakże zdołali uciec; to był międzynarodowy spisek wymierzony przeciwko papieżowi i Kościołowi. Wszystko to zresztą potwierdziło się w trakcie śledztwa.


Całą tę historię, która dziś po tylu latach ogląda światło dzienne, można uznać za niepotrzebną egzaltację i „dorabianie" cudów. Przecież wszystko można równie dobrze uznać za najzwyczajniej fortunny zbieg wydarzeń. Sam zainteresowany tak jednak nie uważał. Trudno odgadnąć, czy Jan Paweł II mógł przypuszczać, że w jego ocalenie owego 13 maja 1981 roku zaangażował się - oprócz samej Dziewicy Maryi - ojciec Pio i jego „duchowa córka", siostra Rita od Ducha Świętego. W każdym razie co do jednego nie miał wątpliwości: „Ja żyję w przeświadczeniu, że we wszystkim, co mówię i robię w związku z moim powołaniem i posłannictwem, z moją służbą, dzieje się coś, co nie jest wyłącznie moją inicjatywą. Wiem, że to nie tylko ja jestem czynny w tym, co robię jako następca Piotra"... Świadomość „nieużytecznego sługi" jest we mnie coraz silniejsza wśród tego wszystkiego, co się wokół mnie dzieje - i myślę, że mi z tym dobrze".



Ks. ROBERT SKRZYPCZAK



fronda.pl

Tekst ukazał się w 2008 roku w kwartalniku FRONDA nr. 48